Podobno jako czterolatka układałam wierszyki i zapowiadałam się na poetkę. Mama długo nie chciała wyrzec się tych złudzeń, a ja przeżywałam męki, słuchając, jak powierzała swe nadzieje przyjaciółkom. One nawzajem – raczyły ją opowieściami o talentach swych córek, co znosiłam bez przykrości. Zawiść nie leżała w moim charakterze. Ale gdy panie przechodziły do głównego tematu: co by tu zrobić, jak zachęcić, jak zmusić dzieci do jedzenia, wolałam zejść im z oczu, aby mama nie musiała się za mnie wstydzić.
Miała powody. Na jedynym zachowanym sprzed wojny zdjęciu, z szopą ciemnych włosów włażących do oczu i zasłaniających twarz, wyglądam jak zapałka. Za mała na swój wiek, chuda, z kolanami jak węzły na nitkowatych nóżkach. Tylko w Irządzach, gdzie wszystkie dzieci były chude i niewyrośnięte jak ja, nie wzbudzałam współczucia.
Do Irządz zjeżdżaliśmy na wakacje, do domu Babci, jak mawiał ojciec. Ona tam mieszkała cały rok, gdyż źle się czuła w Wygiełzowie po śmierci ciotki Franki, u boku obcej kobiety, gdy zięć się ożenił. Ojca ciągnęło oczywiście w rodzinne strony, a mama „poświęcała się dla dzieci”. Zdrowe wiejskie powietrze, swoboda, bieganie boso po ziemi i trawie /żadne z nas nie ma platfusa/, mleko „prosto od krowy”. To ostatnie było zwrotem retorycznym, ojciec nie pozwalał nam pić nie przegotowanego mleka, gdyż nie tylko ludzie, także krowy chorowały na gruźlicę. Mama podzielała te poglądy ojca i , jak później mawiała, puściła nas „samopas”.
Mogliśmy biegać od rana do nocy bez opieki niani, która, co tu kryć, w Irządzach przede wszystkim mamie, nie nam, była potrzebna. Choć nasz dom uchodził za nowoczesny i „bogaty” na tle ówczesnej zabudowy wiejskiej, bo z cegły i kryty dachówką , do tego czteroizbowy i nawet w sieni, zwanej „poczekalnią” miał podłogę, a w pokoju biały kaflowy piec do ogrzewania węglem kamiennym, mama cierpiała bez miejskich wygód. Nie było tam przecież elektryczności, ale nie było też studni przy domu, wodę nosiło się w wiadrach od Traczyków.
Ja w Irządzach miałam nabrać apetytu, tymczasem stałam się jeszcze większym niejadkiem, w ogóle przestałam jeść. – Jasiaa! Jasiaaa! – woła mnie mama na śniadanie, a po mnie ani śladu. Kamień w wodę. Może do studni wpadła? Biegnie mama do studni, na szczęście znajduje ją przykrytą ciężkim drewnianym kręgiem – Bratowoo! – woła z daleka /Traczykowa, cioteczna siostra taty, z moją mamą mówiły sobie per „bratowa”/, nie widziala Bratowa mojej Jasi? – Traczykowa podchodzi do studni: - A jes, jes, w chałupie jes, nie słysy. – Oj, Bratowo, co ja z tym dzieckiem mam! Nic nie je! Z głodu umrze! – Eee, co tys Bratowo godo, przecie u mnie to una ji. – Co? – Mama nie osłuchana jeszcze z małopolska gwarą nie zrozumiała, że „ji” znaczy to samo co „je”. – Ano wśisko ji, co i my – kontynuowała Traczykowa – Bratowa. – Jagze nie dac dziecinie, jak una tak mrugo tymi ockami. Jak zem ii wcora zoliwajki nie ostawila, to bidactwo tak posmutniało. To jus byście ii odpuścili... – Co? Co ona zrobiła? – wystraszyła się mama, bo zrozumiała, że nieźle musiałam nabroić, i potuptała do chałupy Traczyków. A tam ja siedziałam na podłodze, przepraszam, polepie, bo w tym ich najstarszym domu podłogi nie było, i obejmując nozynami żeliwną rynkę, zajadałam z wielkim zapałem zalewajkę. Zalewajkę, którą wówczas nie tylko u nich, ale w każdym wiejskim domu jadano na śniadanie. („na rano” mówiono w gwarze). Na widok mamy podniosłam wrzask: „nie dam, nie dam” krzyczałam podobno, przekonana, ze mama mi tę rynke z resztkami zalewajki odbierze.
Mama, jak opowiadały mi to później obie wielokrotnie, a co tutaj na podstawie ich relacji odtwarzam, oceniła sytuację błyskawicznie: „dziecko je i to jest najważniejsze!” Traczykowa - Bratowa (w późniejszych latach mówiliśmy do niej „Babciu Haniu”) przyznała się natomiast, ze przykazu mojego ojca, aby dzieci, mnie i Jaśka, bo Józio był za mały, żeby samodzielnie do sąsiadów się przemieścić, niczym nie częstowała, nie uznała za najmądrzejszy. Silniejsza od szacunku dla uczonego kuzyna, „dochtora”, była tradycja nakazująca gości i dzieci częstować „Czym chata bogata”. Mama podzielała ten pogląd i bez zgorszenia przyjęła do wiadomości, że spiskowałam przeciwko władzy rodzicielskiej i nawet przed nią zatajałam fakt dożywiania się u sąsiadów Spróbowała zalewajki i stwierdziła, że i owszem, mogłaby od czasu do czasu taką zupę gotować, ale kiszenie żuru przerasta jej umiejętności, nie ma nawet takiego glinianego garnka – „żurownioka”. Była to zarazem przymówka, aby w razie potrzeby Bratowa użyczała jej żuru do zalania zalewajki.
Tak zalewajka weszła do repertuaru potraw, jakimi później szczyciła się mama. I gdy przyjeżdżałam do domu (rodzice po wojnie na stałe zamieszkali w Irzadzach) z internatu w Szczekocinach, a później, jako studentka - z Krakowa, na obiad była zalewajka. Moje chroniczne niedożywienie stołówkowe, głodowanie niekiedy, dodawało jej smaku. Przyglądając się, jak łapczywie pochłaniam zalewajkę, mama upewniała się: - Udała mi się, prawda? Smakuje ci? - Pyszna! To nie zalewajka, to poemat! Czysta poezja! – wyrażałam zachwyty. Smakowała mi rzeczywiście, ale - nie mama była mistrzynią w tej konkurencji, o czym jej nigdy nie powiedziałam. Mama wlewała barszcz za wcześnie, bo nie lubiła rozgotowanych ziemniaków, a ja w zalewajce właśnie owa zawiesistość doceniałam, wlewała go też za mało, nie zawsze była dostatecznie kwaśna. No i żur, jaki mama przeważnie kupowała w sklepie, już był nie ten, ręką Traczykowej – Bratowej kiszony.
Po wojnie wszystko na wsi gwałtownie się zmieniało, a kuchnia przede wszystkim. Nie jadano już zalewajki na rano, a i rzadko kiedy na obiad, z kuchennego przymurka zniknął gliniany żurowniok, bo nie palono już pod blachą cały dzień i to miejsce przestało być równomiernie ciepłe całą dobę. Oszczędzano też opał, węgiel kamienny (był reglamentowany?), zamiast żeliwnych garów z ziemniakami w łupinach gotowanych w kuchni cały dzień, weszły do użytku parniki, hermetycznie zamykane. Te stały w pomieszczeniach gospodarczych i niewiele opału zużywały. Chlebowy piec też używany bywał jedynie do świątecznych wypieków, po pieczywo Tadek (syn Traczyków, w owych czasach jeszcze kawaler) jeździł motocyklem (SHL) do sklepu Gminnej Spółdzielni (GS).
Któregoś zimowego poświątecznego wieczoru siedziałyśmy z mamą u Traczyków przy resztkach świątecznego sernika, a Traczyk zagadnął niespodzianie: Przyznoj no sie, Jaśka, Ty aby wiersy nie pises? Czegój cie na tych studyjach ucom?
Jak wytłumaczyć temu człowiekowi, ze pisania wierszy nigdzie nie uczą, a filologia polska to strasznie prozaiczne studia, sama się nieco rozczarowałam? – Mamo! Ty mówiłaś, że w dzieciństwie – uciekłam się do wybiegu – układałam wierszyki. Pamiętasz chociaż jeden? - Piosenki. Na ludowe melodie – odrzekła mama z całą powagą. I na dowód zaśpiewała na melodię krakowiaka:
Gotuj że się gotuj
Zalewajko moja
Jak się ugotujesz
To cię zjem! Zjem! Zjem!
Uśmialiśmy się serdecznie. To był bardzo wesoły wieczór, choć przy lampie naftowej.
Elektryczność doprowadzono do Irządz w roku 1953.
Janina Barbara Słuszniakówna
(Z przygotowywanej do druku książki o Irządzach)