Logowanie

Login
Hasło

Przez kuchenne drzwi odcinek 2

Autor: Janina Barbara Słuszniak

ŻYĆ PIĘKNIE

Maciej pisze o sobie, że pierwszym jego dziełem kulinarnym była szarlotka. Nieudana, zaznacza, ale i tak zjedzona do ostatniej okruszynki. Jego mama, Grażyna, z którą zaprzyjaźniłam się, gdy po raz pierwszy aresztowano Jacka (była o 10 lat ode mnie młodsza), zapamiętała co innego: JAJECZNICĘ!

- Wróciłam z Poradni ze strasznym bólem głowy i padłam. Maciej nie widział mnie jeszcze w takim stanie. Okropnie się zatroskał. "Mamusiu, ja ci usmażę jajecznicę" - Dobrze, synku, dobrze. - A on za chwilę naprawdę mi jajecznicę przynosi! I to taką, jak lubię, wiesz. Sześcioletni brzdąc! -

Opowiadała mi to w Borku, w 1981 roku, bo tęskniła za synem. Maciej przed rokiem zdał na historię na UW, czego władze nie mogły mu zabronić, ale studiować w Warszawie mogły. Przyjęto go w Olsztynie. Tam zastał go Sierpień i tam działał w środowisku studenckim, w domu się nie pokazując. Jacek, doradca Solidarności, cały czas przebywał w Gdańsku. Na posterunku w Warszawie została Gaja, ale że przy telefonie mogły dyżurować dziewczyny, więcej pomieszkiwała w Borku niż w Warszawie. Dałam jej klucze, bo i ja działałam w Solidarności, najdalej zresztą, w moich rodzinnych wiejskich stronach, 250 km od Warszawy, a równe 300 od Kruczego Borka.

Gaja była jedyną osobą spośród moich przyjaciół, która nie bała się spać sama w pustym domu, otoczonym z wszystkich stron leśnymi zagajnikami, za którymi dopiero znajdowały się siedliska rolników. Kochała tu przyjeżdżać, wszystko jej się podobało, a najbardziej kuchnia. - To nie kuchnia, to salon! Żebym ja coś takiego mogła mieć w Warszawie! - Nie miała. Nigdy. Kuchnia w mieszkaniu Kuroniów była jak we wszystkich warszawskich "emach" kiszkowata, tyle że miała okno. Do dziś w ogłoszeniach o sprzedaży nieruchomości czytamy: "kuchnia z oknem". I długo tak pozostanie.

Niezapomiane kurki.

Ja wówczas przyjechałam do Borka wprost z marszu głodowego w Łodzi. Miałam o tym napisać do "Życia Gospodarczego". Gaja uraczyła mnie czymś, czego w życiu nie jadłam - jajecznicą na kurkach.

Zbierania grzybów uczyłam się od tutejszych mieszkańców, a że rosły na moim podwórku i w najbliższych zagajnikach, nie szukałam daleko. Prawdziwki, podgrzybki, kozaki - te najwyżej były cenione do suszenia, do marynowania natomiast nadawały się gąski. Ja marynowałam też maślaki i wprowadziłam innowację: grzyby wekowane. Kłopotliwa to nieco technika, bo jak z mięsem, słoiki z grzybami trzeba przez trzy dni gotować po 20 minut. Ale moi mili państwo, lodówki w Polsce produkowano, sprowadzano też ze Związku Radzieckiego, lecz były one na talony!

"Gospodarką niedoboru" nazywali Zachodni ekonomiści komunistyczną gospodarkę planową i tylko nadziwić się nie mogli, że odwiedzając nasz kraj, zapraszani do prywatnych domów, podejmowani są wystawniej niż w ich bogatych krajach.

Gaja siekała drobno kurki na desce, na patelnię od jajek (z cienkim dnem!) wrzuciła masło i kurki jednocześnie, chwilę poddusiła, wbiła dwa świeże wiejskie jajka, posoliła i, delikatnie mieszając białko, tak żeby żółtka się nie rozlały, słuchała ze spokojnym uśmiechem moich bluzgów: - Dranie! Cyniczni, wredni! Zdrajcy! Chcą nas pokonać głodem! Wiesz, co mi wiceprezydent Łodzi powiedział? Powiedział, że Łódź to najstarsze robotnicze miasto, trzecie pokolenie chłopów, podczas gdy inne miasta najwyżej drugie pokolenie, a Warszawa przeważnie pierwsze. W Łodzi zanikły więzi rodzinne ze wsią. Rodziny łódzkie zdane są na to, co kupią w sklepach, a że kobiety też pracują, dużo zresztą w Łodzi samotnych matek, jadłospisy oparte były o mięso. Bo szybko na mięsie pożywne danie się przyrządza. Kiedy więc chwilowo zmniejszono przydziały kartkowe... Rozumiesz?! Chwilowo! Oni z premedytacją doprowadzili to miasto do skrajnego niedożywienia, żeby mieć pretekst do użycia siły! To prowokacja... - ścichłam, bo Gaja wykonała piruet przy kuchni i drugą ręką chwytając talerzyk z kredensu, lekkim, jakby tanecznym krokiem, zawsze tak chodziła, zbliżyła się do stołu. Patelnię postawiła na talerzyku, podała mi widelec. Zatorski chleb i nóż, przykryte serwetką, leżały jak zwykle na stole w wiklinowym chlebowym koszyku.

Zjadłam. Wylizałam patelnię. - Gaju, skąd wzięłaś kurki? Tu nie rosną...

Gaja, która tak lubiła dalekie wycieczki po lasach, ze gdy brakło jej towarzystwa Jacka i mojego, chodziła sama, odkryła za Śliskami w sosnowo - dębowym lesie całe łany kurek. Natychmiast pojechałyśmy tam moim maluchem. Poszycie lasu wyglądało jak łąka w czas kwitnienia mleczów. - Kurkowy Las - powiedziała Gaja. I tak go do dziś nazywamy.

Kurki tym są osobliwe, że rosną od maja do jesieni non stop, susza niewiele im przeszkadza. Lączone z innymi są twarde i niesmaczne, ale jako przyprawa nadają potrawom charakterystyczny smak. Gaja prażyła je z kaszą, z ryżem, dodawała do kartoflanek, krupniku.

Kuchnia Polska jest elastyczna...

Pisząc potem w Warszawie artykuł, cały czas myślałam o Gai: "Kuchnia polska jest elastyczna - pisałam - potrafi się dostosować do różnych warunków. Gdy brakuje mięsa, schodzimy na tłuszcze: słoninę, smalec, olej."

Niestety, z tym artykułem miałam pecha. Naczelny, który całe dnie przesiadywał w KC (Komitet Centralny ) PZPR, wpadł nagle, przejrzał numer już gotowy do druku, wyrzucił mój tekst i nie tylko mój, zastępcy i sekretarzowi redakcji zrobił piekielną awanturę. Ale właśnie powstawało nowe solidarnościowe pismo, miesięcznik społeczno - kulturalny "Kultura i Życie". Tam go zaniosłam, ukazał się w pierwszym numerze. I znów pech: przed stanem wojennym nie zdołano numeru rozprowadzić.

Wojna? Okupacja? Mój "przedwojenny" artykuł z dnia na dzień stracił aktualność. Działanie, bezpośrednia pomoc, kon-spi-ra-cja! - oto, co teraz należało robić. Przecież nie padniemy na kolana! Represji też się nie ulękniemy! Były: Jacka, Macieja, Gaję internowano, ostał się tylko pies, jamnik Filon. A rok później, dwa tygodnie po śmierci Gai, ubecy ostentacyjnie, na oczach całej wsi spalili mój dom w Borku. Czyżby nie wiedzieli, że dom kupiony dla Gai po zmarłej staruszce, gdy ona sama przebywała jeszcze w Darłówku, to ten po drugiej stronie drogi? Nigdy w nim nie zamieszkała. Chora i słaba, spod troskliwej szpitalnej i osobistej opieki Marka Edelmana wyrywała się do Borka. Sam ją przywoził - do mnie. Siedząc w cieniu pod lipami patrzyła na brzozową alejkę, na lipy i akacje wokół Jej domu; z siostrą Ewą omawiała szczegóły remontu i rozbudowy ...

Przepyszna baranina.

Maciej z Asią na dłużej przyjeżdżali do Borka, gdy drugi po pierworodnym Jaśku syn, Kuba, zaczynał chodzić, a mój dom, 4 -izbowa chałupa przeniesiona z innej wsi, miał już słomiany dach, światło. Wpadała do mnie Asia i, zapraszając na kolację, rozglądała się ciekawsko: - Nie masz gości? To świetnie! Bo zaraz tu przyjadą - i wymieniała kilkoro przynajmniej przyjaciół. - Coś modnego znów dziergasz? - Pokazywałam jej, dumna z tej umiejętności, którą zarabiałam na utrzymanie (moje swetry, poncha, suknie, bluzki szły do Niemiec i Paryża, dawało mi to dochód 40 dolarów miesięcznie) - i już biegła do dzieci. Zasiadałam z robótką na fotelu przed domem, Filon wracał na swój fotelik; drzemał sobie, czekając jak i ja, aż rozlegnie się tubalny głos Macieja:- Janiaaa! Janiaaa! Kolacja! - zwiastujący wspaniałą wyżerkę.

Bazą wojennej kuchni Macieja była baranina. Bardzo tania, bo za baraniną nikt nie przepadał. W sklepach, oczywiście, konsument jej też nie uświadczył, ale zaradny Maciej nawiązał kontakty z hodowcami owiec. Czegóż on z tą baraniną nie wyczyniał! Marynował, peklował, grilował, smażył, piekł. Dla większego towarzystwa całego barana nawet upiekł nad ogniskiem. Odjeżdżając, zawsze mi tej baraniny nieco zostawiał. A raz przydżwigał dużą miednicę z zamarynowaną łopatką i wstawił do piwnicy - ziemianki, w której temperatura latem wynosiła 4 - stopni. - Tylko przewracaj co drugi dzień - poinstruował - starczy ci na dwa tygodnie.

Tylko na trzy dni mi starczyło, Macieju, tylko na trzy dni! Bo zmysł smaku jest zmysłem społecznym. Tak stwierdza naukowo Diane Ackerman, autorka książki: NATURALNA HISTORIA ZMYSŁÓW, a Ty o tym najlepiej wiesz. Przyjechali do mnie goście, przyjęłam ich, czym chata bogata. Wysłałam na wieś, żeby kupili jajka, śmietanę, sama w tym czasie obiecałam zrobić "cielęcinę w jarzynkach" z ryżem. Przecież nie mogłam powiedzieć, ze to będzie baranina. Nawet by nie tknęli!

• Masz duże doświadczenie z tą wiejską cielęciną - chwaliła potrawę starsza pani, matka przyjaciółki. - Mnie taki gulasz zawsze wychodzi trochę mdły...

Dziękuję, Macieju. Dziękuję za wszystko.



Komentarze mogą dodawać tylko zarejestrowani i zalogowani użytkownicy.
newsletter
mapa_strony
 
 
do góry
wstecz
© Copyright by Maciej Kuroń and EC group Sp. z o.o.
Żadna część strony nie może być w żaden sposób kopiowana lub publikowana bez pisemnej zgody EC group Sp. z o.o.
Realizacja: ideo
Powered by: cms edito