Maciej, jaki jest...
Jaki ten młody Kuroń jest? - pytają znajomi, którzy to jedno o mnie wiedzą, że przyjaźniłam się z jego rodzicami. - Młody, jak młody - wykręcam się zrzędliwie (seniorka po siedemdziesiątce piątce, choćby bardzo nie chciała, zrzędliwa jest), rocznik 1960., czworo dzieci, najstarszy Jasiek, student, mógłby się już ożenić i Macieja wnukiem obdarować...
- Co sądzisz o Jacku Kuroniu? - pytali mnie znajomi i nieznajomi, gdy przy Okrągłym Stole toczyły się rozmowy, mające zadecydować o ustrojowych zmianach, a Jacek, w 1980 doradca Solidarności", w nich uczestniczył i spodziewaliśmy się, że w nowym ustroju odegra znaczącą polityczna rolę. Wówczas nie miałam trudności z odpowiedzią: "Kontrowersyjny. Nie podzielam jego poglądów, ale za kryształową uczciwość głowa ręczę. Wybitna inteligencja, towarzysko przeuroczy". Nawet gdy w Kruczym Borku sąsiad, też letnik z Warszawy, z wykształcenia fizyk teoretyczny, bardzo konkretnie chciał się dowiedzieć: "Jak to możliwe, że jedni tego Kuronia pod niebiosa wynoszą, inni twierdzą, że okropny facet, którzy maja rację?" - nie speszyłam się: - I jedni, i drudzy jakąś swoja rację mają - oświadczyłam. I wsparłam się autorytetem, staruszka już w latach moich studiów w Krakowie na UJ, profesora Kazimierza Nitscha, którego bardzo zirytował modny wówczas tytuł w gazecie :"KOŃ, JAKI JEST, KAŻDY WIDZI!" "Co za durni dziennikarze! Co narodowi chcą wmówić?! Phy, phy, prychał - przecież inaczej widzi (ocenia) tego samego konia chłop, inaczej kawalerzysta, inaczej hodowca koni!"
Święte słowa Profesora! Wypada je jeszcze wzmocnić ludową mądrością: "Każdy sądzi według siebie".
Końskiej miary nie uchodzi do ludzi jednakowo stosować. Chyba że są politykami. Ci, gdy tylko na scenie politycznej się znajdą, zamiast robić, co wyborcom obiecali, ostrogi przypinają i ranią się nawzajem, a kopią ostro podkutymi kopytami, aż ziemia dudni od gór do morza. Nie! Takie sytuacje nie dla Macieja. On, przyjaciel całego świata, do każdego podchodzi z sercem na dłoni i nie zraża się, nawet jeśli nie widzi wzajemności. Rozumiała to Gaja, jego Matka, lecz nie Ojciec, Jacek, i jego polityczni wychowankowie.
Jedyny syn, syn kochający, od niemowlęctwa zapatrzony w Ojca. Ten kult Ojca z pierwszymi butelkami mleka i soczkami wpoiła mu Matka wraz z własną wielką romantyczną miłością do Rycerza bez skazy, trochę Błędnego Rycerza, obrońcy słabych i uciśnionych.
Też się dziwiłam, choć nie miałam Maciejowi za złe, że podzielając ideały i poglądy Ojca, zatrudnia się zawodowo w dziedzinie tak nieideologicznej. Może tak zapisano w gwiazdach?
Urodzony 8 marca jest Maciej Rybą, zresztą jak i jego Ojciec, urodzony 3 marca.
"...głównymi rybimi cnotami są: zdolność do poświęceń, do ofiarowania siebie drugiemu człowiekowi (lub na rzecz idei); współczucie. Właściwa też jest Rybom zdolność intuicyjnego poznania, czyli spontanicznego widzenia.... Ludzie ze znaku Ryb są romantykami i idealistami. Słynne zdanie z wiersza "Romantyczność" Mickiewicza "Czucie i wiara silniej mówią do mnie, niż mędrca szkiełko i oko" każda Ryba mogłaby uznać za swoja życiową zasadę.....Oczywiście, bywają wśród Ryb umysły ścisłe; sam Albert Einstein miał Księżyc w Rybach - ale wtedy jasność matematycznego myślenia łączy się u nich z niepoukładaniem w innych dziedzinach życia: wystarczy spojrzeć na pokudłaną czuprynę, z której słynął Einstein! Ryby są też naturalne: Jacek Kuroń nosił wytarte dżinsowe ubranko, bo jak wszystkie Ryby wolał się ubierać wygodnie niż modnie.... Niestety, ciało Ryb - obu płci - łatwo się otłuszcza, a że Ryby raczej nie kochają dyscypliny, więc z nadwagą trudno im walczyć..."
Kto wierzy w znaki zodiaku /ja nie do końca/ , niech poczyta więcej na stronie www.taraka.pl , z której powyższe cytaty wybrałam.
Asia, żona Macieja, "poza szczegółami" zaznacza, tak swego męża widzi, a podobieństwo do Jacka coraz bardziej. - My chcieliśmy pięknie żyć, Jacek piękne życie rozumiał inaczej. Miałam do niego żal. Teraz bardziej go rozumiem
Brali ślub pół roku po śmierci Grażyny, Jacek siedział w więzieniu w Białołęce. Wbrew rodzinom wyprawili w Borku huczne wesele, pan młody sam zwoził produkty, stał przy kuchni, pieczeniny przy ogniskach doglądał. Dorośli odjechali z wieczora, trochę na znak protestu. Młodzi tańczyli, zaprzyjaźniony zespół nie oszczędzał wiejskiej ciszy, jedzono, pito, śpiewy i okrzyki ustały dopiero o świcie. Maciej wypatrzył mnie na drodze i pociągnął do najbliższego stołu na podwórku /całą noc obchodziłam teren, obserwując czerwone błyski ubeckich samochodów, od minionego rana obstawiały polne drogi do naszych posesji/ - Teraz mogę wypić, powiedział, odjechali - wskazał na drogę pod lasem. Kula słońca wytoczyła się już cała znad horyzontu i oświetlała kłębowisko ciał na podwórku i w sadku. Upalna lipcowa noc nie zachęcała do układania się w namiotach. Powyciągali koce i spali wprost na ziemi. - Myślisz, że są zadowoleni? Ja bym tego wesela nie robił, ale naszym przyjaciołom to się należało. Zapamiętają, będą dobrze wspominać?
Och, Macieju... - dopiłam wino i nie zaprotestowałam, gdy powtórnie napełnił mój kieliszek - nie tylko ciałem jesteś wielki. Kocham Cię!