|
|
Z uwagi na duże zainteresowanie tematem publikujemy materiał z przed 2 lat, kiedy to Maciej został poproszony o wsparcie akcji przeciw GMO. GMO to skrót od angielskiego określenia: Genetically Modified Organism. Oznacza takie organizmy, które pojawiają się w naszym ekosystemie w sposób nienaturalny poprzez ingerencję człowieka w system genetyczny. W dużym uproszczeniu chodzi o wprowadzanie obcego materiału genetycznego np.: w ziarna soi, rzepaku czy kukurydzy w celu zmiany ich cech naturalnych. Teoretycznie daje to zwiększenie odporności na choroby, czy zwiększenie plonów. Tak twierdzą naukowcy powiązani z dużymi koncernami zalecającymi uprawę roślin służących do produkcji transgenicznej żywności. Jak jest naprawdę? Nikt z nas nie jest naukowcem i nie jest w stanie stwierdzić jakie skutki przyniesie w przyszłości, zarówno w tej bliższej, jak i dalszej wprowadzenie genotypów zwierzęcych do popularnych roślin uprawowych, będących jednymi z podstawowych składników paszy zwierzęcej, czy wręcz naszego pożywienia.
2008-07-30, Autor: Barbara Kozłowska
Chciałem posłużyć się znanym powiedzeniem, a właściwie historycznym przysłowiem ilustrującym nasze związki z Węgrami, a tu masz ci los, Andrzej wykorzystał to powiedzenie w swoim felietonie. Kiedy jednak przeczytałem na Wikipedii elektryzującą wiadomość o wspólnym genetycznym znaczniku uznałem, że powtórzenie tytułu nie hańbi, wszak przysłowie znane jest od paruset lat, a wiadomością muszę się podzielić z Wami wszystkimi. Wiedziałem, że nasze związki z Węgrami są bliskie, chociaż języki zupełnie odległe, ale żeby aż tak… Otóż, jak już wspominałem w kwietniowych felietonach postanowiłem przyjrzeć się z bliska kuchniom naszych sąsiadów, a tak naprawdę wykorzystać jako pretekst moją stronę i przypomnieć sobie ulubione sąsiedzkie podwórka. Była więc Słowacja i Mala Fatra, teraz Balaton, a za chwilę Wilno i Troki. Joanna twierdzi, że ja zwiedzam inaczej i w pełni się z Nią zgadzam, żeby poznać kraj zawsze zachodzę go od kuchni. Tym razem rzuciło mnie nad Balaton. Czy pamiętacie (zwracam się do moich rówieśników i starszych Czytelników), jak jeździło się nad Balaton?
2008-06-04, Autor: Maciej Kuroń
Tak się składa, że od początku roku zafundowałem sobie i mojej Rodzinie kilka wyjazdów. O naszym pobycie z Joanną u Chef Paula i Tereski już czytaliście, teraz pora na kolejny wyjazd - Wielkanocną Wycieczkę Na Słowację. Zgodnie z moimi deklaracjami zawsze w okresie Wielkanocy wyjeżdżam, najchętniej w Tatry… W tym roku były to Tatry po słowackiej stronie. Udałem się tam z Joanną, całą czwórką naszej latorośli (o dziwo, wszyscy wyrazili chęć wspólnego wyjazdu) oraz z grupą przyjaciół. Tatry słowackie są bliziutko naszych, ceny bardzo przystępne, a co najważniejsze bardzo mili i gościnni ludzie. Czułem się nieomalże jak w domu, bo właściwie zwiedzane podczas całego pobytu góry i bezdroża są, co tu dużo mówić przedłużeniem naszych Tatr i Pienin. Otóż, jeździliśmy na nartach, bo śniegiem sypało cały czas jak w środku zimy, piliśmy słowackie wina (o słowackich winach pisze Zbyszek Kmieć), jedliśmy w przydrożnych gospodach słowackie specjały (o kuchni słowackiej pisze Andrzej Marat). Skoro tyle felietonów na stronę już napisano, to właściwie o czym tu pisać? Ano jest o czym!
2008-05-13, Autor: Maciej Kuroń
W lutym tego roku po raz pierwszy w życiu byłem na Florydzie, Mój pobyt w znacznej mierze zawdzięczam jednemu z największych przyjaciół strony - Chef Paulowi. Byłem i bardzo mi się podobało. Czułem się tam jak przysłowiowa ryba w wodzie, a często powtarzam, że jestem zodiakalną Rybą. Floryda z trzech stron otoczona jest wodą, do tego jeszcze poprzecinana kanałami, tam gdzie ich nie ma są tylko bagna i krokodyle, chciałoby się rzec: „Dalej są tylko smoki…” Tam, gdzie mieszkają gościnni i serdeczni Gospodarze - Chef Paul ze swoją drugą połową, - Tereską, panuje fantastyczny, przyjazny klimat. Nagle, w lutym przeniosłem się do letniskowego kurortu, gdzie temperatura ciągle wynosi około 25 stopni, świeci słońce, stąd dookoła powstaje mnóstwo niewielkich domów, zamieszkiwanych przez starszych ludzi, kochających bingo i grę w golfa. W pobliżu domu Chef Paula mieszka sporo hiszpańskich, włoskich i portugalskich weteranów. Dla miłośników historii miejscem wyjątkowym jest St. Augustin, miasto, w którym można zwiedzić nawet XVI - wieczne zabytki, zbliżone charakterem do europejskich, śródziemnomorskich miasteczek, można zwiedzać je konno. Dla mnie wielką atrakcją St. Augustin była niezliczona ilość knajpek kubańskich i meksykańskich.
2008-05-05, Autor: Maciej Kuroń
Zdaje się, że ciągle jeszcze nie rozstrzygnięto, co było pierwsze, kura czy jajo?! W przypadku zupy z całą pewnością najpierw był garnek. To rewolucyjny moment w historii gastronomii. Do tego czasu człowiek piekł kawałki mięsa na ogniu, ale kości ciągle były bezużyteczne. Dopiero wynalezienie garnka pozwoliło w pełni wykorzystać smak i aromat, czyli wszystkie walory mięsa i kości, a później warzyw i ziół. Zupą można powiedzieć, jestem obciążony dziedzicznie. Kuroniówka kojarzy się zdecydowanie z moim ojcem – Jackiem. Gęstą, pożywną zupę grochową podawał w czasie różnych akcji społecznych. Pamiętam, jak przed laty ojciec zwrócił się do mnie z pytaniem, jaką by tu ugotować pożywną, smaczną i tanią zupę dla 2 tysięcy osób. Powiedziałem wtedy, że taką ilość zupy tanio jest w stanie przygotować tylko wojsko na kuchniach polowych. A jaka zupa w wojsku wychodzi najlepiej? Wiadomo, grochówka! I tak postać mojego ojca kojarzona jest z wojskową grochówką, a sama zupa powszechnie nazywana jest kuroniówką. Czy to jednak przypadek, że wybór padł akurat na grochówkę i że to ona przyjęła nazwę kuroniówki? I tak, i nie. W kuroniówce nie składniki są najważniejsze.
2008-04-10, Autor: Maciej Kuroń
Tytuł brzmi dość złowieszczo, ale prawda jest taka, że po świętach postanowiłem zrobić przegląd mojej piwnicy, a trzeba wiedzieć, że w piwnicy mam pomieszczeń co niemiara i łatwo się w niej schować, a nawet celowo zgubić. Mamy nawet jedno pomieszczenie nazywane Burkina Faso, do którego często podąża moja dziatwa i tam potrafi przebywać od rana do wieczora, chroniąc się przed rodzicielskim okiem. Domownicy wiedzą, że najchętniej przemieszczam się po parterze mojego domu i poziomy zmieniam tylko w razie konieczności, więc w piwnicy można się schować przede mną na dobre. Tak jest zimą … No właśnie, zimą nie schodzę, bo i po co, ale nadchodzi wiosna, zapowiedź lata i ciepłych wieczorów. Wszyscy, którzy mnie znają wiedzą , że zbliża się wielkimi krokami mój ulubiony sezon przesiadywania na tarasie przy grillu.
2008-03-26, Autor: Maciej Kuroń
Chciałbym opowiedzieć, jak zorganizowałem swego czasu wielkanocny, świąteczny, wiosenny wyjazd z grupą przyjaciół. Wynająłem dla mojej rodziny i znajomych (około trzydziestu osób) schronisko w Jesennikach po czeskiej stronie. Bawiliśmy się wspaniale. Żywiono nas świetnie. Były to cudowne knedliki z sosami, gulasze itd. I to wszystko, wstyd powiedzieć w czasie postu. Widząc to, moi koledzy postanowili wziąć sprawy w swoje ręce, ponieważ wyglądało na to, że w kwestii polskich zwyczajów i religii nasi uroczy gospodarze są zupełnie nie zorientowani. Dwa dni przed Wielkanocą poddali szefa kuchni religijnemu przeszkoleniu. Przy pysznym czeskim piwie i beherowce, niczym misjonarze, wyjaśniali zasłuchanemu Honzie tajemnice postu, zmartwychwstania i symbolikę świątecznego jajka. Dyskusja, mimo pewnej bariery językowej, była ożywiona. W niedzielę, kiedy wszyscy wypucowani, ogoleni i wystrojeni zasiedli w jadalni, zauważyłem błysk triumfu na twarzach „misjonarzy”, bo przed każdym na talerzu leżało jajko na twardo, a sala była odświętnie udekorowana.
2008-03-14, Autor: Maciej Kuroń
Co roku trzeciego marca mieszkanie Kuroniów na Żoliborzu nabierało dziwnych cech. Mianowicie robiło się gumowe, od godziny 20.00 często do 8.00 rano przewijały się przez nie tłumy ludzi. Z kwiatami i butelkami w dłoniach schodzili się i zjeżdżali przyjaciele mojego Ojca z kraju, świata i okolicy. Pełen przekrój społeczny i zbiór osobowości, których wspólnym mianownikiem był wrogi stosunek do władzy ludowej nacechowany najczęściej wzajemnością. Ponieważ Mama i tak miała najwięcej obowiązków domowych, to mnie Ojciec prosił o przygotowanie jednego, konkretnego dania dla całego towarzystwa. Użyjmy eufemizmu: z pieniędzmi było krucho, a nakarmić trzeba było górników, czy stoczniowców, którzy cały dzień tłukli się do Warszawy pociągami i byli po ludzku głodni, ale też razem z nimi zachodnich dyplomatów, dziennikarzy i profesorów, znanych reżyserów i pisarzy, którzy z niejednego pieca chleb jedli. Moim zapleczem była malutka kuchnia na Mickiewicza, jeden, specjalnie na takie okazje kupiony garnek i stara kuchenka gazowa z nie domykającym się piekarnikiem. Pewnie dlatego, kiedy po paru latach zobaczyłem wyposażenie kuchni Amerykańskiego Instytutu Kulinarnego w pierwszej chwili ryknąłem śmiechem.
2008-02-29, Autor: Maciej Kuroń
Dziś kilka słów o jednej z moich ulubionych autorek książek kucharskich – Marii Ochorowicz - Monatowej. Swego czasu pisałem, że nasze dzielne kuchmistrzynie zrobiły dla propagowania polskiej sztuki kulinarnej, a tym samym dla Polski, więcej niż sprzeczający się w czasach niewoli o imponderabilia – panowie. Wśród nich z pewnością wyróżnia się pani Monatowa. Sam miałem przyjemność napisać wstęp do kolejnego wydania, - reprintu jej książki i studiując jej życie muszę stwierdzić, że rzeczywiście była kobietą, nie tylko jak na tamte czasy niezwykłą. Pochodziła ze zubożałej rodziny ziemiańskiej i jako panna Maria Helena Leszczyńska poślubiła w 1888 roku Juliana Ochorowicza, znanego wówczas lekarza i przyrodnika, z czasem trochę zdziwaczałego spirytystę. Zanim jednak doszło do ich rozstania, państwo Ochorowiczowie byli organizatorami spotkań w swoim domu w Warszawie na Nowym Świecie. Doktor – hipnotyzer prowadził w trakcie tych spotkań wykłady i uczone dysputy, a jego żona zajmowała się osobiście podejmowaniem gości. Spotkania te kończyły się przy pięknie i smakowicie zastawionym stole. Już wtedy dał się poznać kunszt kulinarny gospodyni i jej umiejętności artystyczne.
2008-02-07, Autor: Maciej Kuroń
Przed nami ostatnie dni karnawału: Tłusty Czwartek, Środa Popielcowa i znowu zacznę myśleć o kręceniu wielkanocnych kiełbas i wędzeniu szynek. W tym roku wyjątkowo szybko zleciał Karnawał. Dla mnie tym szybciej, że ostatnich kilka tygodni nie przetańczyłem, tylko przeleżałem w łóżku z zapaleniem płuc. Obiecałem dwa tygodnie temu kilka słów o bigosie i tak naprawdę jest to już ostatni moment, żeby o nim napisać, a przy okazji go zrobić i zaprosić znajomych. Ja nawet uważam, sądząc po niespodziankach jakie natura zgotowuje nam od paru lat, że zima nie powiedziała ostatniego słowa i nie wiadomo, czy jeszcze w marcu nie wybierzemy się na kulig, a wtedy warto mieć oprócz kiełbasek na ognisko, kociołek z własnoręcznie przyrządzonym bigosem. Czy zastanawialiście się kiedyś nad tym, co to takiego bigos myśliwski? Otóż, potocznie uważa się, że bigos myśliwski, to bigos z dziczyzny, przygotowywany w trakcie polowania. Jest nawet taki opis w „Panu Tadeuszu” – jeden z najsłynniejszych przepisów pisanych wierszem, do tego trzynastozgłoskowcem
2008-01-30, Autor: Maciej Kuroń
|
|