A buen hambre no hay pan duro
(Na porządny głód nie ma zbyt suchego chleba)
(przysłowie hiszpańskie)
Właśnie dobiegł końca jeden z najdłuższych weekendów, jaki nam się przytrafił w ciągu ostatnich kilku lat! W odróżnieniu od moich licznych „pracujących” sobót, ten weekend był absolutnie rozleniwiony i zupełnie pozbawiony jakiejkolwiek pracy. Dane mi było spędzić cudowny tydzień w małym domku o nazwie „Marabut” nad Morzem Śródziemnym, nieopodal Barcelony. Domek z gatunku tych do wynajęcia, jeszcze nie ogrzany i nie dogrzany po zimie. Joanna, ja i nasze latorośle jako jego pierwsi mieszkańcy po kilku zimowych miesiącach mieliśmy chwile chłodu, ale widok i szum morskich fal rozbijających się dosłownie parę metrów od naszego obozowiska rekompensował wszystkie niedostatki. Poza tym w pobliżu wspaniała Barcelona, która dotąd kojarzyła mi się z założonym pod koniec XIX wieku klubem piłkarskim: FC Barcelona, a teraz nabrała innego znaczenia.
Las Ramblas, Antonio Gaudi: Sagrada Familia, Casa Mila, wreszcie wspaniałe hale targowe, tapas i oryginalne gazpacho oraz paella…Do tego słońce, uśmiechnięte twarze naszych kolejnych hiszpańskich gospodarzy. Podczas zwiedzania przysłowiowy głód często dawał znać o sobie, ale na szczęście nie musieliśmy zaspokajać go suchym chlebem. Otóż, wspomniane przeze mnie Las Ramblas, to jedna z najwspanialszych na świecie ulic, właściwie aleja kipiąca życiem przez 24 godziny na dobę, słynąca z pokazów artystów, ptasiego i kwiatowego targu, bujnej zieleni oraz wielu atrakcji, które przyciągają turystów całego świata.
Dla mnie jedną z największych niespodzianek była niewątpliwie La Boqueria – stara secesyjna hala targowa, na której sprzedawcy oferują owoce, warzywa, mięso i rzecz jasna moje ukochane ryby oraz owoce morza w niewiarygodnych ilościach. Dla mnie, dla kucharza, aromaty, barwy, w ogóle widok straganów pełnych samych rarytasów były nie lada pokusą. Nie byłem w stanie przejść obojętnie obok, jak mi się wydawało uśmiechających się specjalnie do mnie homarów, ostryg, tuńczyków, oliwek, specjalnie wędzonych szynek, pomidorów, papryki, szafranu i wina: malagi, czy sangrii. Nie muszę wam dodawać, że ten brak obojętności z mojej strony byłby się zakończył bankructwem finansowym, gdyby nie Joanna, która wyjmowała mi za każdym razem z ręki kolejny smakołyk zanim podałem go sprzedawcy do zapakowania.
Rzecz jasna kilka „drobiazgów” udało mi się przemycić, więc w najbliższe weekendy, nawet te najkrótsze będę serwował na tarasie różne wariacje na temat kuchni hiszpańskiej. Wbrew pozorom nie jest to takie trudne bez opuszczania domowych pieleszy, czyli mazowieckich dróżek, które w wielu regionach Polski zaprowadzą nas do sklepów, w których też przecież nie brakuje pomidorów, papryki, oliwki itp., itp. Innymi słowy można sobie w domu w Istebnej, czy na Helu wypróbować któryś z przysmaków kuchni hiszpańskiej, a potem, no cóż, jak już rozsmakujecie się w słonecznej, hiszpańskiej kuchni, to nie pozostaje nic innego, jak tylko z plecakiem, czy walizką na kółkach wybrać się do Hiszpanii i spróbować wszystkiego w oryginale.
Życzę wszystkim możliwości spróbowania tapas i paelli pod niebem gościnnej Hiszpanii. Ja osobiście chętnie się tam jeszcze wybiorę.