Tytuł fantastycznego skądinąd filmu Miloša Formana posłużył mi za tytuł cotygodniowego felietonu na stronę. Akurat jestem na etapie odświeżania znajomości z kinem czeskim, a nawet czechosłowackim, a do tego doszedł mi tak istotny element dramaturgiczny, jak pożar we własnym domu. Tak, tak! To nie żarty! Wyobraźcie sobie senne, prawie jesienne, ciepłe i mgliste popołudnie. Mnie, zamiast przesiadującego na tarasie, wyobraźcie sobie rozłożonego lub jak wolą nieżyczliwi – rozwalonego we własnym barłogu. Na szafce przed łóżkiem włączony telewizor, w którym za chwilę rozpocznie się emisja serialu wszechczasów: „Co ludzie powiedzą?”, z niezastąpioną bohaterką: Hiacyntą Bucket. Prawda jaki fantastyczny odpoczynek?
Okoliczności te miały miejsce kilka dni temu, około środy. Zawołałem moją drugą połowę - Joannę, żeby odeszła bodaj na chwilę od domowych obowiązków i rozerwała ze mną przy tej fantastycznej komedii. Rzecz jasna nie ma w tym żadnego podtekstu, nie chodzi mi o to, że za chwilę moja własna Żona będzie postrachem okolicy jak Hiacynta. Zresztą Joanny – chodzącej poczciwości nikt się nie boi, dlatego to ja muszę często wkraczać ze smrodkiem dydaktycznym pod adresem dzieci a nawet psiego stada, inaczej obydwa żywioły weszłyby nam na głowę. Joanna, a jakże, chętnie wpadła do sypialni i przycupnęła na brzegu łóżka. Serial ją wciągnął, więc widziałem kątem oka, jak moja połowica przesunęła się nieznacznie w moją stronę i opadła na poduszki. Hiacynata bawiła nas przez jakieś pół godziny. Śmiechom i żartom nie było końca, po czym głos lektora przebił wysoki pisk naszej najmłodszej latorośli Gai: PAAALI SIĘ !!!
Nauczeni doświadczeniem, a także sami udzielający wszelkich życiowych porad naszym pociechom, wiemy, że - Pali się! - należy wołać tylko w wypadku napadu, bo wtedy można liczyć na reakcję otoczenia. Kto niby miałby napadać na nasze dziecko w naszym domu? Wiadomo przecież, że to żart, żeby wyrwać Tatusia z sypialni. Dopiero po trzecim zawołaniu tej samej treści Joanna zdecydowała się sprawdzić, czemu dziecko przeszkadza nam w odpoczynku. Co działo się kilka metrów dalej, nie wiem, bo poprosiłem Joannę o przymknięcie drzwi do sypialni z powodu swądu i dobiegającego zza drzwi hałasu. Po prostu chciałem bez przeszkód dotrwać do końca odcinka, tym bardziej, że jako ojciec czworga dzieci niejednokrotnie byłem obiektem różnych prowokacji.
Tymczasem, gdy ja ze stoickim spokojem i uśmiechem na ustach oglądałem kolejne perypetie Hiacynty i jej pantoflarza – Ryszarda, moja rodzina walczyła za drzwiami z Czerwonym Kurem. O rozmiarach katastrofy przekonałem się jakiś czas później, gdy wkroczyłem zadowolony do kuchni, żeby przygotować wszystkim kolację. Otóż, zobaczyłem osmalone i na wpół spalone szafki kuchenne, przypalony sufit, stopiony okap i największy garnek (30 litrów), na stałe zespolony z jakimiś resztkami. Jak się okazało moja Żona nastawiła olej w dużym kociołku i zapomniała o tym fakcie z powodu…Hiacynty Bucket. Słup ognia jaki ukazał się jej oczom po wejściu do kuchni sięgał sufitu i nie było już czasu na szukanie gaśnicy na piętrze. Do kotła wrzucono to co było pod ręką, pożar udało się ugasić, a moja rodzina wśród różnych dowcipów i komentarzy odreagowywała na tarasie stres wywołany potencjalnymi stratami. O kolacji nikt nie chciał słyszeć. Wtedy ja popadłem w zadumę.
Ogień jest autorem wielu rewolucji kulinarnych, jako, że jest inspiracją do wynalezienia nowej potrawy. Pamiętam jak kilka tygodni temu pisałem Wam o płonącym drzewie, które spadło na dzika, a nie dalej jak tydzień temu, o tym jak komuś przez przypadek wpadł kartofel do ogniska. Sam chętnie raczę słuchaczy opowieścią o tym jak po pożarze łąk i pól znajdowano w Chinach usmażoną w ogniu szarańczę, czy drobne ptaszki. Nawet w moim domu rodzinnym Dziadek Henryk stosował co jakiś czas metodę gotowania Tanich Obiadów Domowych, polegającą na tym, że ustawiał jeden garnek na drugim w celu wykorzystania do ugotowania złożonego z wielu dań posiłku, jednego źródła ciepła . Na dole była kasza lub ziemniaki, wyżej jakieś warzywa, zupa, a na szczycie tej piramidy patelnia z jajami sadzonymi. Innymi słowy piramida jak z Zeptera tylko garnki emaliowane z innej epoki. Oczywiście nie muszę dodawać, że wszystko kipiało, przypalało się, trzeba było otwierać drzwi i okna, żeby przetrwać najbliższą noc. Pani Mrówkowa, która przychodziła do nas na większe sprzątanie raz w tygodniu nawet nie gderała, gdy musiała zeskrobywać z kuchenki kolejne warstwy Dziadkowych eksperymentów. W każdym razie menu było podane jak na dłoni.
Moja zaduma wzięła się stąd, że wszyscy moi poprzednicy od anonimowego Chińczyka po Dziadka Kuronia byli odkrywcami, prawdziwymi protoplastami zdrowej i nowoczesnej kuchni. Ja natomiast mogę sobie co najwyżej wyobrazić jak biorę udział w performance na temat: „Płonące potrawy w kuchni kucharza” pozostawiając na koniec artystyczną instalację w postaci gara na stałe zespolonego, jak się potem okazało ze śpiworem i kocem akrylowym („łapaliśmy co było pod ręką!”), lub spróbować odegrać z rodziną scenkę w konwencji ukochanego Teatrzyku Zielona Gęś:
- Panna - „Pali się mój Tatusiu!”
- Tatuś - „Nie mów pali się, tylko rabują, moja Panno! A przy okazji zamknij drzwi z powodu dokuczliwego swądu!”
Drzwi zamykają się z łoskotem przy wtórze snopów iskier i lamentów rodziny.
Kurtyna.
W tle słychać chichot przedstawiciela Firmy Ubezpieczeniowej
Wasz Niepocieszony i Niespełniony Odkrywca Nowej Potrawy
Maciej
Flambirowanie według Wikipedii - sposób podawania potrawy polegający na oblaniu lub skropieniu dania alkoholem i podpalenia go, tzw. płonący półmisek. Flambiruje się między innymi smażone banany lub mięso. Do flambirowania używa się wyłącznie mocnych alkoholi. Flambirowanie to również proces polegający na podpaleniu potrawy w trakcie jej przygotowywania. W kuchniach wschodnich flambiruje się większość smażonych owoców morza oraz ryby. Podpala się tłuszcz, na którym jest smażona potrawa, flambiruje się ją przez około 20-30 sekund a następnie gasi się ogień przykrywając pokrywką.
Płonąca polędwica z sarny faszerowana słoniną >>
Płonące owoce >>
Jabłka płonące >>
Naleśniki Suzette >>
Oscypki flambirowane anyżówką według Mirosława Drewniaka >>
Krewetki flambirowane >>
Poncz płonący >>
Grog >>
Piwo z żółtkiem >>
Piwo z korzeniami >>
Piwo z imbirem >>
Wino grzane z przyprawami >>
Wino grzane z żółtkiem >>
Napój czekoladowy, tzw.: grzanka - Mazowsze >>
Warzonka – Podbeskidzie >>
Lody płonące według L. Ćwierczakiewiczowej
Zupełnie nieznaną leguminą są lody, podane na gorąco, a jednak jest to możliwe. Mieć w puszce, w kuble z lodem gotowe lody. Porcelanowy półmisek wyłożyć serwetą, na nią ułożyć biszkopciki zwyczajne, formując okrągłą podstawę. Na puszkę lodów, którą można podłużnie położyć lub postawić, stosując formę półmiska podłużną lub okrągłą, wziąć 4 białka, które albo ubić jak na marengi z cukrem, lub ubite sparzyć gorącym, bardzo gęstym syropem, biorąc na to ćwierć funta cukru, wymieszać pianę zaparzoną i bardzo szybko położywszy lody na półmisku, polać je pianą. Wstawić w tej chwili na górną kondygnację pieca tak, aby tylko z góry ciepło wzięło. Po trzech minutach marenga się zrumieni. Polać arakiem, zapalić i podać na stół. Na szybkim działaniu polega całe udanie się leguminy.