Ten felieton jest dla mnie szczególnie trudny i osobisty. 23 listopada mija 25 rocznica śmierci mojej Matki. Minęło tyle lat, a ja widzę Ją we wspomnieniach uśmiechającą się do mnie, czy do Ojca. Do dziś dowiaduję się od moich i Jej przyjaciół, jak ważną osobą była dla wielu ludzi. Gdy mam o niej opowiedzieć, to tak, jakbym miał pisać o Emilii Plater, a przecież była to moja kochana Mama. Była bardzo ciepła. Roztaczała to ciepło dookoła i wtapiała w nie otoczenie. Jako kobieta i matka niewątpliwie była osobą spełnioną, kochała mnie i kochała mojego Ojca. Wspierała go przez cały czas Jego działalności, chociaż musiało Jej być ciężko, gdy była młodą dziewczyną, wreszcie żoną wielokrotnego recydywisty politycznego, odsiadującego kolejne wyroki. Nigdy się nie skarżyła, zawsze uśmiechnięta, piękna. Taką Ją pamiętam ja, i taka jest we wspomnieniach naszych licznych znajomych i przyjaciół. Jako osoba spełniona umiała oddać tę miłość i ogrzać w niej wszystkich, którzy znaleźli się w pobliżu. Zresztą atmosfera, jaka panowała w domu na Mickiewicza, była miła za sprawą Gai, o której wszyscy mówili, że matkowała każdemu, wszystkim moim kolegom i kolegom Ojca którzy trafiali do naszego domu od samego początku działalności opozycyjnej. Pamiętam, jak z troską pytała o niektórych spośród moich przyjaciół. Wiem też, że dalej otaczała ich opieką podczas internowania, dodając im siły, odwagi żeby się nie poddawali, instruowała jak odmawiać zeznań, wreszcie po prostu żartowała z nimi, karmiła i podawała im lekarstwa. Tak wspominają Ją koleżanki z obozu internowanych najpierw w Gołdapi a potem w Darłówku.
Znałem jeszcze drugą twarz Matki, osoby absolutnie nieprzejednanej, gdy wchodzili do naszego domu esbecy. Wiele razy słyszałem, jak mówiono o niej „lwica”. Potrafiła spokojnie, z uśmiechem i pełnym miłości wyrazem twarzy mówić coś do mnie i do Ojca, a za chwilę odwracać się do esbeków sypiąc iskrami z oczu i wyglądając niczym postać z horroru. Mam nad kominkiem taki portret matki, na którym wygląda jak Nike i coś w tym było. Ojciec długo pracował nad nią, sam potrafił łatwiej wybaczać, przygotowywał esbekom herbatę, ale ona pozostawała w tej kwestii nieugięta. Karol Modzelewski wspominając ich oboje mówił: „Prawda, mówiło się, że wychował sobie żonę, tylko że wychował ją sobie do tego, żeby to ona jego wychowywała. Młodsza o sześć lat Gaja była dla niego autorytetem moralnym”.
Przyszli po mnie 12 grudnia 1981 roku na kwadrans przed północą, Atmosfera była dramatyczna, bo przyszli w towarzystwie umundurowanego milicjanta, co w historii domowych aresztowań nigdy się nie zdarzyło. Esbecy byli strasznie zdenerwowani, a milicjantowi spod płaszcza wysunął się łom, wyglądało to makabrycznie. Mieliśmy spore doświadczenie w tym, jak postępować w razie aresztowania, więc Matka, która i tym razem nie straciła głowy zaczęła mi pakować różne potrzebne w kryminale rzeczy: skarpety, ciepłe gacie, papierosy. Te papierosy były zostawione u nas dla Adama Michnika ale Mama powiedziała : - A co tam, dziecko mi aresztują, a ja mam się o innych martwić.-, i dała je mnie. W Białołęce pod celą siedziało nas 12 chłopa, z czego 11 paliło jak smoki. Te papierosy uratowały nas wszystkich.
Ojciec też siedział w Białołęce i nawet mieliśmy kilka widzeń, nasze spotkania zintensyfikowały się, gdy powiedziano nam o chorobie Gai. Zamknięto Ją parę dni po nas – 15 grudnia i jak wynika z oficjalnych dokumentów zwolniono na wiosnę "z powodów humanitarnych" Pisała ze szpitala, z którego już nie wyszła: "Ta słabość, z którą walczyłam i nie mogłam zaakceptować w Darłówku, to było choróbsko, którego tamtejszy lekarz nie leczył. Nie raczył wziąć słuchawek do ręki, mimo że mu mówiłam, że czuję się jak podczas zapalenia płuc". Odwiedziła mnie i Ojca w Białołęce, i chociaż wiedzieliśmy, że nie zwalnia się z internowania z powodu grypy, to zmylił nas jej wygląd, tak pięknie i kwitnąco wyglądała. Potem, gdy zostałem wypuszczony jeździłem do Łodzi, gdzie leżała u Marka Edelmana. Marek nie chciał powiedzieć Ojcu całej prawdy, przysiągł mu wręcz, że Gaja nie umrze, tymczasem nie chciał Ojca załamywać i świadomie go okłamał. Gdy zadzwonił do mnie, że trzeba przyjechać, to wiedziałem co to znaczy, chociaż trudno było mi się do tego przyznać. Dalej wszyscy z Markiem i moją ciotką – Ewą oszukiwaliśmy Ojca, ale wiedzieliśmy już, że choroba jest śmiertelna. Matka nie wiedziała, że jest tak źle, miała nadzieję, robiła plany na przyszłość, chociaż z Jej korespondencji wynikało, że coś przeczuwała. Późnym wieczorem 22 listopada przywieziono Ojca do Łodzi, pozwolono zobaczyć się z Matką. Na noc odwieziono go łódzkiego aresztu, a nad ranem Mama umarła…
Minęło aż 25 lat, ale zawsze gdy wspominam tamte czasy ożywają we mnie wszystkie emocje. Pamiętam Ją zawsze piękną i zawsze uśmiechniętą. Gdy Ojciec został odznaczony Orderem Orła Białego, potem francuską Legią Honorową, litewskim Orderem Wielkiego Księcia Gedymina miałem poczucie, że te odznaczenia są w połowie Jej zasługą. W tym roku odbierałem pośmiertne odznaczenie dla Matki: Krzyż Komandorski Orderu Odrodzenia Polski i poczułem, że koło się zamknęło, że ten Krzyż jest uzupełnieniem Orderu Orła Białego i że oba te odznaczenia należą do obojga rodziców. W archiwach IPN jest cała korespondencja pomiędzy rodzicami. Ojciec po wyjściu długo nie mógł dojść do siebie, swoje emocje przelał na papier, żeby nie powiedzieć wyrzucił z siebie, pisząc „Wiarę i winę”. Pisał o Mamie:
„Przy Gajce odkryłem, na czym polega miłość. Trzeba się stać takim, jakim ta druga osoba chce cię widzieć. Wiedziałem, że Gajka mnie sobie wymarzyła innego, lepszego. I z całej siły starałem się taki być. Kiedy po ślubie powiedziała, że się rozczarowała, bo za mało czytam, zaraz zwiększyłem liczbę czytanych książek. Uważała, że gdybyśmy musieli się wstydzić naszego życia - zabilibyśmy naszą miłość.”
Odpowiedzią niech będzie fragment listu jaki wysłała mu Mama w marcu 1982 roku:
„Co to za różnica, czy jestem w Olszynce, Gołdapi czy Darłówku? Przecież życie nie szczędzi nam przymusowych rozstań. Aż trudno uwierzyć, że tak można czuć się szczęśliwym i z własnej woli taki los sobie gotować. Jestem Ci wdzięczna, mój jedyny, za takie trudne życie”
Dziś, gdy właśnie mija 25 lat od śmierci mojej Matki, mój najstarszy syn kończy 24 lata. Urodził się rok po Jej śmierci. Mama zawsze mi powtarzała, że będę miał dużo dzieci, a ona będzie się nimi opiekować. Jedynak, nawet tak duży jak ja, to było dla Niej za mało. Tak sobie myślę, że osobami, które najwięcej straciły na Jej odejściu są nasze dzieci: Jasio, Kuba, Kacper, wreszcie najmłodsza – Gaja. Tylko oni na całe szczęście o tym nie wiedzą…
M.K.
PS: Tą drogą chcę również zawiadomić wszystkich Przyjaciół, że msza św. z okazji 25 rocznicy śmierci Grażyny Kuroniowej odbędzie się 23 listopada o godzinie 17.45 u Wizytek na Krakowskim Przedmieściu.