Ankieta

Co Cię jesienią najlepiej rozgrzewa?
  • Herbata z sokiem malinowym
  • Grzane piwo
  • Grzane wino
  • Partnerka, Partner:-)

Logowanie

Login
Hasło

Z wizytą u knedlożerców

Autor: Maciej Kuroń
Knedle z owocami
Mój towarzysz - wilk

Tak się składa, że od początku roku zafundowałem sobie i mojej Rodzinie kilka wyjazdów. O naszym pobycie z Joanną u Chef Paula i Tereski już czytaliście, teraz pora na kolejny wyjazd - Wielkanocną Wycieczkę Na Słowację. Zgodnie z moimi deklaracjami zawsze w okresie Wielkanocy wyjeżdżam, najchętniej w Tatry… W tym roku były to Tatry po słowackiej stronie. Udałem się tam z Joanną, całą czwórką naszej latorośli (o dziwo, wszyscy wyrazili chęć wspólnego wyjazdu) oraz z grupą przyjaciół. Tatry słowackie są bliziutko naszych, ceny bardzo przystępne, a co najważniejsze bardzo mili i gościnni ludzie. Czułem się nieomalże jak w domu, bo właściwie zwiedzane podczas całego pobytu góry i bezdroża są, co tu dużo mówić przedłużeniem naszych Tatr i Pienin. Otóż, jeździliśmy na nartach, bo śniegiem sypało cały czas jak w środku zimy, piliśmy słowackie wina (o słowackich winach pisze Zbyszek Kmieć), jedliśmy w przydrożnych gospodach słowackie specjały (o kuchni słowackiej pisze Andrzej Marat). Skoro tyle felietonów na stronę już napisano, to właściwie o czym tu pisać? Ano jest o czym!

 

O ile moi przyjaciele zbierają pieczołowicie informacje powiedziałbym nieomalże encyklopedyczne, ja zająłem się otoczką, klimatem, lub jak kto woli ogólnym wizerunkiem kuchni słowackiej. Do przemyśleń zmusiła mnie choroba, która dopadła mnie w drugiej połowie pobytu i tak leżąc z gorączką pod wyprawioną skórą wilka i wpatrując się w nią, jak w mojego jedynego towarzysza niedoli, snułem samotnie (wszyscy oczywiście jechali na narty) rozważania na temat słowackiej sztuki kulinarnej.

 

Jadąc, miałem nadzieję na nasze przysmaki wielkanocne. Oczywiście miał być żur z jajkiem i białą kiełbasą, jaja w majonezie, szynki i co tam kto chce. Tak się jednak złożyło, że zapomniałem zabrać żurek z domu, a na Słowacji już go nie uświadczyłem. Nigdzie! Ale to nigdzie, nie ma czegoś tak prozaicznego jak żurek w butelce! Ani w małych sklepikach, ani w supermarketach. Wykonałem erzac żurku na wędzonkach, ale w końcu przerobiliśmy wywar na zupę fasolową, bo uznałem, że do żurku to było nie podobne. W obawie przed podróżą nie zabraliśmy jaj. Okazało się, że oczywiście udało nam się je nabyć w jakimś przydrożnym sklepie z napisem: čerstwe (czyli świeże), ale były jakieś takie malutkie, więc szybko o nich zapomnieliśmy. Innymi słowy była to od początku oryginalna, trochę inna Wielkanoc niż zwykle, więc postanowiliśmy żywić się na miejscu w lokalnych karczmach. Tak jak na Słowacji nie mogliśmy znaleźć żurku, tak kilkanaście kilometrów dalej po polskiej stronie nie znajdziemy największego przeboju całego wyjazdu: zupy česnakowej (czosnkowej) z serem albo vajcem, albo jeszcze lepiej z jednym i drugim. Zamawialiśmy ją wszędzie i za każdym razem była znakomita, do tego bryndzowe kluseczki albo pierogi z nadzieniem ziemniaczanym, zimne piwo z lokalnego browaru. Żyć nie umierać ! Wszystko tanie jak przysłowiowy barszcz (na Słowacji akurat go nie uświadczysz).

 

Dwukrotnie dałem się zaskoczyć kulinarnie: raz jedząc pyszne pieczone ryby, popijane białym, słowackim winem. Było to w miejscowości Červeny Klaštor, gdzie spoglądaliśmy z okien restauracji na Trzy Korony i przełom Dunajca. Drugi raz zostałem zaskoczony gdy okazało się, że przysmakiem w kilku lokalnych restauracjach są ni mniej ni więcej tylko panierowane bycze jądra. Bardzo wyrafinowane i smaczne danie. Serdecznie polecam wyjazd w okolice Prešova, gdzie gościłem w marcu przez ponad tydzień. Dookoła mamy piękne góry, urocze miasteczka, każde z dużym rynkiem i zadbanymi kamieniczkami (nawet od podwórka, co u nas jeszcze jest rzadkością) i prostą, ale smaczną kuchnią. W chwili, gdy czytacie ten felieton ja jestem z rodziną nad Balatonem. W przyszłym miesiącu zapraszam do podróży po kuchni węgierskiej i winach z okręgu Badacsony, a potem mam w planie Litwę i Ukrainę. Postaram się przekazać na tej stronie moje kulinarne wrażenia z tych podróży.

Wasz podróżujący Maciej

 

Komentarze do tego artykułu:
~elżbieta @ 2008-06-04
aleś mi teraz przyłożył.....;)
@ 2008-06-02
kociołek nazywa sie bogracz
a placki po wegiersku w przyrodzie - poza restauracjami węgierskimi w Polsce w zasadzie nie wystepują
a przepisów na knedle tyle że za psami rzucać, trzeba się tylko określic czy chodzi o knedliczki? houskowe knedliki, czy może speckowy knedel?, jest tez knedel watrobiany itd itd
@ 2008-05-30
To czekamy ....na gulasz węgierski w kociołku :)))
@ 2008-05-25
Tak, następnym razem będą dania po węgiersku, tym razem z wszystkich stron widać było Balaton, ale to już nie budziło mojego niepokoju tak, jak te wspomniane przeze mnie i przez Elżbietę Trzy Korony :-). Wkrótce moje reminiscencje z pobytu nad Balatonem...
~elżbieta @ 2008-05-13
Co to jest ?Czemu tak jest ,że jak się biesiaduje w tamtych stronach....to Trzy Korony człek ciągle widzi :))))W tamtym roku miałam taki 5 dniowy maraton -raz po polskiej stronie ,raz po słowackiej .....i ciągle troiły mi się te Trzy Korony...co jadłam po słowackiej stronie ? nie pamiętam ;)....dobre piwo piłam po polskiej utkwiła mi w pamięci kwaśnica - bo dobrze na duszy robiła ....a i rydze z patelni były wspaniałe.I te Trzy Korony ...raz były z prawej ,raz z lewej, na wprost ,za nami ....aż się nie mogłam połapać i zaczęłam podejrzewać ,że ktoś robi mnie w konia....;)
Zaczynając lekturę tego felietonu miałam nadzieję ,że na końcu znajdę przepis na knedla ....a tu nic :(
Może następnym razem placki po węgiersku? :)
Komentarze mogą dodawać tylko zarejestrowani i zalogowani użytkownicy.
newsletter
mapa_strony
 
 
do góry
wstecz
© Copyright by Maciej Kuroń and EC group Sp. z o.o.
Żadna część strony nie może być w żaden sposób kopiowana lub publikowana bez pisemnej zgody EC group Sp. z o.o.
Realizacja: ideo
Powered by: cms edito