Polak, Węgier, dwa bratanki, i do szabli, i do szklanki.
(węg. Lengyel, magyar – két jó barát, együtt harcol, s issza borát)
Niedawne przeprowadzane badania genetyczne przedstawiają dowody faktycznego pokrewieństwa obu nacji. Zarówno Polacy jak i Węgrzy mają najwyższą częstotliwość genetycznego znacznika R1a1 w Europie, który waha się i wynosi 56-60%. Obydwa narody mają również zgodnie z tymi badaniami ten sam znacznik chromosomu Y będący wskazówką mówiącą, że pochodzi od tego samego przodka i powstał ok. 10 000 lat temu.
za Wikipedią >>>
Chciałem posłużyć się znanym powiedzeniem, a właściwie historycznym przysłowiem ilustrującym nasze związki z Węgrami, a tu masz ci los, Andrzej wykorzystał to powiedzenie w swoim felietonie. Kiedy jednak przeczytałem na Wikipedii elektryzującą wiadomość o wspólnym genetycznym znaczniku uznałem, że powtórzenie tytułu nie hańbi, wszak przysłowie znane jest od paruset lat, a wiadomością muszę się podzielić z Wami wszystkimi. Wiedziałem, że nasze związki z Węgrami są bliskie, chociaż języki zupełnie odległe, ale żeby aż tak… Otóż, jak już wspominałem w kwietniowych felietonach postanowiłem przyjrzeć się z bliska kuchniom naszych sąsiadów, a tak naprawdę wykorzystać jako pretekst moją stronę i przypomnieć sobie ulubione sąsiedzkie podwórka. Była więc Słowacja i Mala Fatra, teraz Balaton, a za chwilę Wilno i Troki. Joanna twierdzi, że ja zwiedzam inaczej i w pełni się z Nią zgadzam, żeby poznać kraj zawsze zachodzę go od kuchni. Tym razem rzuciło mnie nad Balaton. Czy pamiętacie (zwracam się do moich rówieśników i starszych Czytelników), jak jeździło się nad Balaton? Toż to była wyprawa, jak nie przymierzając do Raju. Nie każdemu było dane w czasach siermiężnego socjalizmu załatwić sobie wczasy na Węgrzech. Ja starałem się z moimi kolegami jeździć autostopem ze zbiorem własnych puszek i przetworów. Teraz nie musiałbym ciągnąć drzewa do lasu, bo nad całym Balatonem wszystkie puszki rybne w sklepach pochodzą rodem z Polski i pełno tu zarówno sałatki ”Neptun”, jak i różnej maści makreli i śledzi w sosie pomidorowym polskiej produkcji.
Tym razem nie przyjechałem po to, żeby po całym dniu zwiedzania zajadać się zawartością polskich puszek. Po pierwsze przyjechałem żeglować po Balatonie, a po drugie najeść się do syta węgierskiego gulaszu, zupy halasle i popić to wszystko węgierskim winem. Taki był pomysł na ten wyjazd i muszę przyznać, że w żadnym momencie jego realizacji się nie zawiodłem. Węgry są bardzo przyjazne, ludzie z sympatią witają Polaków, kuchnia fantastyczna, ośrodki campingowe przed sezonem wypucowane i gotowe na przyjęcie gości, do tego ceny bardzo przystępne. Jedno co mi przeszkadzało, to moja kompletna nieznajomość języka. Tak już jest, że gdy zjawiam się na Słowacji, w Czechach, czy na Ukrainie to odczuwam głęboką więź z ich mieszkańcami również w kwestii porozumiewania się. Wystarczy się uśmiechnąć i wsłuchując się w melodię języka można zrozumieć treść wypowiedzi. Czasem zdarza się wpadka językowa, bo skąd niby miałbym wiedzieć, że poruta na rypadle, to awaria koparki?
Tym nie mniej ugrofińskie korzenie języka węgierskiego powodują, że nic, ale to kompletnie nic nie rozumiałem. Nie widziałem żadnego podobieństwa pomiędzy naszymi językami, chociaż słyszałem, że język polski też budzi radosny śmiech u naszych sąsiadów, bo podobno brzmi jakby dziecko sepleniło. Weźmy taką twórczość Mozarta: „Czarodziejski flet”, po czesku „Čarobna piščal” , a po węgiersku: „A varázsfurda”. Sami widzicie. Czeska wersja tytułu nawet trochę zrozumiała i zabawna, ale węgierska nie podobna do niczego. Wróćmy jednak do „balatońskich” atrakcji. Północne wybrzeże zwiedziłem tym razem dość dokładnie: małe, zadbane miasteczka, wulkaniczne wzgórza, winnice, wszystko to przypomniało mi dlaczego tak chętnie tam przyjeżdżałem jako młokos. Do tego wiosna w pełnym rozkwicie i sympatyczne uśmiechy na twarzach na nasz widok.
Kiedyś wyobrażałem sobie, że kuchnia węgierska jest bardzo ostra. Pamiętam nawet jak gościliśmy w domu na Mickiewicza opozycjonistów węgierskich i Ojciec uznał, że trzeba ich przywitać nie wiedzieć czemu jakąś specjalnością kuchni węgierskiej. Padło na gulasz. Ojciec potrafił zagryzać ostre potrawy świeżą czuszką i co jakiś wracający z zagranicy przywozili mu w prezencie całe „bukiety” tej ostrej papryczki. Postaraliśmy się więc bardzo „doostrzyć” potrawę i czujnie obserwowaliśmy naszych gości czekając na słowa uznania. Goście wszystko grzecznie zjedli, popili hektolitrami wody, a na koniec powiedzieli, że wszystko było bardzo pyszne, ale nigdy nie przypuszczali, że polska kuchnia jest taka pikantna.
Sprawdziłem, a właściwe przypomniałem sobie podczas majowego wypadu węgierską kuchnię i jej papryczaną wyrazistość. Wszelkie potrawy i specjały mają swoje dwie wersje, nawet kostki Knorra do halasle, występują w wersji łagodnej i ostrej. Po powrocie serwując zupę gulaszową i białe wytrawne wina z rejonu Badacsony opowiadaliśmy z Joanną naszym przyjaciołom jak przyjemnie i gościnnie przyjmują nas Węgrzy. Bałem się, że wspomnień nam owszem wystarczy, ale specjałów w rodzaju salami i pasztetu już niekoniecznie, tym bardziej śpieszę poinformować, że podczas Święta Saskiej Kępy natrafiłem na ulicy Zwycięzców na węgierski sklepik i restaurację, w której właściciel podaje wszystko to czego można spróbować u naszych bratanków. Zachęcam do spróbowania i do zakupów (ceny bardzo przystępne). A potem, potem możemy wybrać się na rekonesans na Węgry. Wszak wielu z nas ma po otwarciu granic zachwyty nad Basenem Morza Śródziemnego za sobą. Teraz czas na odkrywanie tego co leży bliżej, a co na jakiś czas odłożyliśmy na bok. Naprawdę warto!
Wasz zauroczony węgierską gościnnością
Maciej
PS: Jeszcze jedna wiadomość z Wikipedii:
12 marca 2007 parlament węgierski przyjął deklarację uznającą dzień 23 marca Dniem Przyjaźni Polsko-Węgierskiej, deklarację poparło 324 posłów, nikt się nie wstrzymał, nikt nie był przeciw. Analogiczną uchwałę 16 marca 2007 podjął przez aklamację polski Sejm.