|
|
Tytuł fantastycznego skądinąd filmu Miloša Formana posłużył mi za tytuł cotygodniowego felietonu na stronę. Akurat jestem na etapie odświeżania znajomości z kinem czeskim, a nawet czechosłowackim, a do tego doszedł mi tak istotny element dramaturgiczny, jak pożar we własnym domu. Tak, tak! To nie żarty! Wyobraźcie sobie senne, prawie jesienne, ciepłe i mgliste popołudnie. Mnie, zamiast przesiadującego na tarasie, wyobraźcie sobie rozłożonego lub jak wolą nieżyczliwi – rozwalonego we własnym barłogu. Na szafce przed łóżkiem włączony telewizor, w którym za chwilę rozpocznie się emisja serialu wszechczasów: „Co ludzie powiedzą?”, z niezastąpioną bohaterką: Hiacyntą Bucket. Prawda jaki fantastyczny odpoczynek? Okoliczności te miały miejsce kilka dni temu, około środy.
2007-10-02, Autor: Maciej Kuroń
Chętnie oglądam różne programy kulinarne i pamiętam jak postanowiłem obejrzeć w telewizyjnej kuchni jednego z najbardziej znanych na świecie szefów kuchni - Jamie Olivera. Zasiadłem na kanapie tym chętniej, że miałem usłyszeć receptę na potrawę z grzybów. Ku mojemu zdumieniu zobaczyłem jak Jamie Oliver sieka z zapałem czosnek i tłumaczy, że grzyby są bez wyrazu w związku z czym wymagają szczególnie intensywnego doprawiania. Jako stary grzybiarz i miłośnik dań grzybowych, aż się podniosłem! Toż to się w głowie nie mieści! Możliwe, że jakieś grzyby wymagają doprawiania, ale na pewno nie polskie! W Izraelu na targu każdy przebiera w grzybach jak nie przymierzając w ulęgałkach i wiadomo, że te najbardziej aromatyczne pochodzą z Polski.
2007-09-17, Autor: Maciej Kuroń
Kołdun kołdunowi nierówny, jak powiadają kresowiacy, szczególnie uwrażliwieni na „prawdziwość” tej potrawy. Niestety w Polsce, poza domami prywatnymi prawdziwych kołdunów się nie uświadczy. Wróćmy do źródeł, czyli Melchiora Wańkowicza ponieważ kołdunom poświecił kilka doskonałych opowieści – aż szkoda, że nie ma tu miejsca aby je przytoczyć - nie mniej właściwą definicję mogę podać zaczerpniętą z jego książki „Tędy i owędy”.
2007-09-15, Autor: Biruta Markuza
Dziś z trochę innej beczki…Ostatnio usłyszałem dowcip o tym, jak to gazda urządził na polecenie księdza wesele bez alkoholu. Wszystko jest świetnie, tylko gazda czegoś markotny siedzi w kącie i na pytanie, jak mu się to bezalkoholowe wesele podoba, odpowiada: - Ano, panocku, wsytko piknie, tylko mnie diabli biorom, ze tyle zakonski się marnuje.- Otóż, w naszej kulturze biesiadnej dominuje zimny bufet. Pisałem o tym wiele razy, więc nie chcę się powtarzać. Prawda jest jednak taka, że potrawy na stole przez stulecia służyły do przysposobienia przez zmaltretowany żołądek sporej ilości mocnych trunków. Stąd tradycja stawiania również na bezalkoholowych przyjęciach tych wszystkich śledzików, tatara, nóżek w galarecie, tudzież wędlin. Tak, tak! Tradycja i siła przyzwyczajenia zwycięża ze zdrowym rozsądkiem.
2007-09-05, Autor: Maciej Kuroń
Świat się niewiarygodnie skurczył. Na Karaibach szybciej można kupić amerykańskie ziemniaki niż rodzime ananasy. W Afryce mamy amerykańską kukurydzę i chiński ryż, a w naszych sklepach? No co tu dużo mówić! Zestawy do sushi, przekąski meksykańskie, sos hoisin, jagnięcina nowozelandzka. O produktach kuchni śródziemnomorskiej nawet nie wspominam, a przecież jeszcze nie tak dawno nie mieliśmy w sklepach świeżych ziół, bakłażanów, karczochów i wielu barwnych słoiczków z pesto, czy gołąbkami w liściach winorośli. Czego to jeszcze nie ma na naszych półkach? Dla każdego coś dobrego! W miarę jednak jak powietrze stygnie, ja coraz bardziej pogrążam się w zadumie nad historią kuchni i dochodzę do coraz dalej idących wniosków. Otóż, mój Dziadek Henryk, którego autorytetem często się podpieram, mawiał, że Pan Bóg wymyślił kobietę, mężczyznę, i dla tego zestawu 10 przykazań oraz 10 potraw.
2007-08-28, Autor: Maciej Kuroń
Pamiętam, że zmorą większości moich kolegów i koleżanek na długich przerwach były lekko przesuszone lub przemoczone zależnie od zawartości - kanapki, przygotowywane przez troskliwe rodzicielki. Ja sam również przyłapałem kilkakrotnie moje latorośle na niedojadaniu drugich śniadań, gdy te „smakołyki” wychodziły z ukrycia zza biurka. Może warto zrobić coś niekonwencjonalnego z wykorzystaniem kurczaka czy mięsa z rosołu, a może póki jeszcze się da przygotować smaczną sałatkę, czy galaretkę z owocami?
2007-08-27, Autor: Maciej Kuroń
Coraz częściej przychylam się do opinii, że kucharzem, i to całkiem niezłym może być KAŻDY!!! Natomiast smakoszami są tylko nieliczne wyjątki... Prowadzę masę spotkań pod wiele mówiącym tytułem „Kreatywne Gotowanie” wśród amatorów, a czasem zagorzałych przeciwników gotowania i widzę jak każdy, nawet najbardziej odżegnujący się od rondla i patelni odszczepieniec topnieje, gdy czuje zapach czosnku, oliwy, przypraw, a wreszcie, gdy spróbuje własnoręcznie przyrządzonego dania. I wierzcie mi, ja za każdym razem próbuję tych potraw z tym samym zadziwieniem. Co kucharz, to inny smak nawet przy tych samych ingrediencjach. Muszę jednak przyznać, że za każdym razem udaje się wyczarować coś całkiem przyzwoitego. Cudowny jest jednak mariaż kucharza ze smakoszem, bo wtedy mamy gwarancję, że sztuka kulinarna jest dla niego prawdziwą Sztuką.
2007-08-22, Autor: Maciej Kuroń
Akurat dziś, gdy piszę te słowa jest upalnie, niesamowicie duszno, może to efekt nocnej ulewy, a może rzeczywiście chociaż raz nasi synoptycy trafili z prognozą i właśnie wraca prawdziwe lato. Do wczoraj było w kratkę, na przemian deszcze, chłodne wieczory, mgliste poranki. Tu, w Puszczy Kampinoskiej coraz częściej poranna wilgoć zagania do domu różne pająki, ćmy, świerszcze, o komarach lepiej nie mówić. Wygłodniałe, rzucają się nie wiedzieć czemu przede wszystkim na mnie i na moje psy. Już sam nie wiem co zrobić, czy smarować się esencją waniliową, spryskiwać Offem, czy może lepiej nawtykać we wszystkie kontakty zbiorniczków z cudownym odstręczycielem na komary. Siedzę na moim tarasie i patrzę jak drapiemy się: ja, Zaraza, Szakal, Toffi i Miniacz (wszystkie moje psiny). W dodatku przez te „odstraszacie” zabijam moje ulubione aromaty kuchenne.
2007-08-14, Autor: Maciej Kuroń
Prawda, że intrygujący tytuł felietonu? U nas w roli pogrzebanego występuje najczęściej pies. Drugą część wspomnień z Wysp Alandzkich chciałbym rozpocząć od przypomnienia znanej potrawy, którą przywołałem w odcinku przed moim wyjazdem, czyli od Gravad lax, innymi słowy od łososia po szwedzku. Otóż na wspomnianych i coraz cieplej wspominanych przeze mnie Alandach potrawa ta pochodzi z czasów, gdy nie było lodówek. Łososia nacierano przyprawami, solono i zakopywano na 2-3 dni w ziemi. Przyprawy i niska temperatura powodowały, że po kilku dniach otrzymywano wspaniałą rybę o niepowtarzalnym smaku. Na Alandach ta potrawa nazywa się „ Łosoś pogrzebany”. U nas drzewiej doradzano zakopywanie bażanta, żeby skruszał. Sam nie stosowałem nigdy tej metody, ale domyślam się, że nie należy przedobrzyć z tym zakopywaniem
2007-08-06, Autor: Maciej Kuroń
Wróciłem! Wróciłem i teraz chciałbym Wam jak najwięcej opowiedzieć, przesłać trochę miejscowych aromatów, smaków, pokazać koloryt ziemi i gościnność jej mieszkańców! Nie da się! Nie potrafię krótko i treściwie opowiedzieć w kilku lakonicznych zdaniach o tym, co mnie spotkało, zaskoczyło, wreszcie zachwyciło! Są to zarówno białe noce i czerwone, płonące w zachodzącym słońcu granity Alandów, jak też stoicki spokój oszczędnej architektury Mierzei Kurońskiej, wreszcie serdeczność Litwinów. Przyjmę chyba wyjątkowo strategię jednego z naszych byłych premierów, który podkreślał, że w niektórych okolicznościach ważniejszy jest koniec niż początek! Dopóki jeszcze pamiętam każdy dzień i każdą godzinę pobytu zacznę od tego co pamiętam najlepiej, a mianowicie od gościnności Litwinów, u których na dłużej zagościliśmy pod koniec naszej wyprawy
2007-07-30, Autor: Maciej Kuroń
|
|