|
|
Tak jak w tytule Tuwim tak i ja wyobrażam sobie raj. Ponieważ felieton ten dotyczy wyboru trunków na świąteczny stół w zasadzie na tym tytule można by zakończyć pisanie. Niestety dziesięciolecia straszliwej zarazy jaką zostały dotknięte polskie tradycje picia wina zmuszają nas do tłumaczenia wszystkiego jak dzieciom w przedszkolu. Ale nie wolno mi obrażać czytelników. Każdy z Was ma przecież jakieś alkoholowe świąteczne przyzwyczajenia, równie ważne jak cała reszta bożonarodzeniowej celebracji. Dlatego zasada pierwsza i najważniejsza: TRADITION. Wybaczcie słowo w „języku lingłidż” ale ciąg skojarzeń – Boże Narodzenie, dom, Biłgoraj, Chanuka, Żydzi, Skrzypek na Dachu – jestem wobec nich bezsilny. I tutaj mamy pierwszą poważną rozbieżność w tradycjach świątecznych i zasadnicze pytanie. Czy alkohol może być obecny na wigilijnym stole? Nie będę tu przytaczał religijnych autorytetów, przecież nie o to chodzi, choć mam przeczucie, że i wśród nich zdania na ten temat są podzielone. Jakie jest moje zdanie? TRADITION. Jeśli nie pijecie aż do pasterki, nie pijcie, jeśli gdzieś między karpiem a kapustą przełykacie kieliszeczek jakiejś wódeczności, czy innego likierku pofolgujcie sobie. Jeśli do każdej wigilijnej ryby serwujecie dobre wino, niech wam będzie na zdrowie.
2008-12-17, Autor: Zbigniew Kmieć
Użyte w tytule zawołanie Jacka Figury, perkusisty zespołu Koala Band skutecznie zniechęcało nas do wycieczek i spacerów. Dobrze nam zawsze było w Bieszczadach, gdziekolwiek przyjechaliśmy. Czy to do gospodarstwa Stasi, czy do baru u Bolka, chatki Krakowiaka lub w najbardziej królewskie z miejsc: na tratwę Giera. Zawsze było dobrze i pięknie i smacznie, zawsze było świetnie muzycznie, bo każde urodziny Giera to zlot znakomitych śląskich bluesmanów. Jeśli był jakiś cel w zakładaniu Dżemu, to z pewnością musiały nim być bieszczadzkie urodziny dawnego perkusisty tej grupy. A że było smacznie? Gdziekolwiek nie pojawi się Adaś Ćwieląg musi być smacznie. Znam go raptem niecałe dwa lata ale za prawdziwość powyższego stwierdzenia dałbym sobie oderżnąć głowę nożykiem od korkociągu.
2008-08-26, Autor: Zbigniew Kmieć
Zanim zgasły wszystkie egerskie gwiazdy, wprawiliśmy się w taki stan, że przestały nam być potrzebne zegar i kalendarz. W każdym razie był lipiec, 10 rano i trzeba było wstawać na śniadanie. Jaskinia w głębi Maklari Utca zastawiona była po królewsku. Na biesiadnych stołach leżały półmiski z serami, wędliną, cudownymi węgierskimi warzywami. Nie mogę bez wzruszenia pisać o szyneczkach z mangalicy, o słonince, o kozim serze. O cudownie ostrych zielonych papryczkach, o twarogach.
2008-06-05, Autor: Zbyszek Kmieć
Uwiedziony przez madziarskie wina i kuchnię, często lekceważę Słowaków. No, może nie mówię o Słowacji: "Górne Węgry" (jak robi to rodzina Ungeheuerów z Krosna, która węgierskimi winami handluje), niemniej trochę mi wstyd za moją postawę wobec mieszkańców Nitry, Presova i Koszyc. Jeszcze kilka lat temu, przed Schengen do głowy mi nie przychodziło, że na Słowacji robi się wina. Ale całkiem niedawno (tuż przed przyjściem Robinho do Realu Madryt, no może rok wcześniej) wymyśliłem sobie taki weekendowy sport. Wychodzę w piątek po południu na drogę i łapię stopa w kierunku południowym. I tak około 21.00 w listopadowy piątek znalazłem się na ulicy Hlavnej w Presovie.
2008-05-13, Autor: Zbigniew Kmieć
|
|