Uwiedziony przez madziarskie wina i kuchnię, często lekceważę Słowaków. No, może nie mówię o Słowacji: "Górne Węgry" (jak robi to rodzina Ungeheuerów z Krosna, która węgierskimi winami handluje), niemniej trochę mi wstyd za moją postawę wobec mieszkańców Nitry, Presova i Koszyc. Jeszcze kilka lat temu, przed Schengen do głowy mi nie przychodziło, że na Słowacji robi się wina. Ale całkiem niedawno (tuż przed przyjściem Robinho do Realu Madryt, no może rok wcześniej) wymyśliłem sobie taki weekendowy sport. Wychodzę w piątek po południu na drogę i łapię stopa w kierunku południowym. I tak około 21.00 w listopadowy piątek znalazłem się na ulicy Hlavnej w Presovie.
Jako, że ciągle niczym jaskiniowiec posługuję się instynktem, skręciłem natychmiast w prawo i po przejściu kilku kroków ujrzałem napis, który częsciowo przynajmniej zrozumiałem: "Sudove Vino". Wlazłem do pomieszczenia o powierzchni sporego pocztowego znaczka. A tam w ścianie kilka kranów, może nawet kilkanaście. Zarządziłem "bile suche". Zarządziłem to złe słowo, powiedzmy wynegocjowałem, jako że moje ówczesne pojęcie o języku słowackim, tudzież o tym, co warto pić w Preszowie (uprzejmie proszę zauważyć, że raz posługuję się pisownią polską a raz słowacką, obiecuję jednakże, że węgierskiej nazwy Eperjes, nie będę używał) było więcej niż mierne. Wychyliłem więc nie bez przyjemności 2 dcl (taką miarą się sprzedaje tam wina) prawdopodobnie furmintu (robić notatki!), średniej jakości, po czym imprezowałem do rana w rock klubie Ester.
Rano, przeliczywszy pieniądze i pożegnawszy się z Ecco i Foxim w jakiejś sensownej piwiarence ruszyłem na śniadanie do Tesco. O ile w Polsce Tesco to raczej konieczność, o tyle na Słowacji to: świetna bryndza, znakomite natierky (kanapkowe pasty), wędzone ostrygi i rohliki (rogaliki). Zrobiwszy te drobne, śniadaniowe zakupy wyszedłem przed lokal i tam w budce o znanym mi już szyldzie "Sudove Vino" za równowartość 2 złotych wziąłem sobie szklaneczkę. I tak prawdopodobnie z rieslingiem (notatki!) zajadałem w ślicznym, choć już jesiennym słoneczku królewskie śniadanie na miejskiej ławeczce.
Potem dowiedziałem się rożnych faktów a to, że jedna gmina regionu Tokaj należy do Słowacji, a to, że najlepszym w słowackim Tokaju winiarzem jest Ostrożević, a to, że ledove wino Ostrożevica (odpowiednik niemieckich Eisweinów) pysznie smakuje pite w siarczysty mróz na Krupówkach z gwinta z uroczą Angielką. W innych okolicznościach też jest pyszne ale nie aż tak. Dowiedziałem się również, że w regionie Nitra co roku pije się burczok - młode wino, które ledwo co skończyło (a czasem nie skończyło) fermentować i że każdy mężczyzna musi wypić go tyle ile ma krwi w sobie. Próbowałem - nie polecam. Dużo lepiej za to przyjechać na słowackie wina miesiąc później, w husacie gody, kiedy można do woli raczyć się Modrą Frankofką (Kekfrankosem) pod wszechobecną wtedy gęsinę. Zatem uzbrojony w tak wszechstronną wiedzę pojechałem razem z Maćkiem i całą załogą na Słowację w charakterze eksperta. I trzeba powiedzieć, że trafiałem i w zelene vetlinskie i w risling vlaski i w rajrisling, i do tego i do tamtego pasujące (notatki!!!). Ale mój ulubiony strzał miał miejsce w Spisskiej Novej Wsi. Miasto to znałem wcześniej wyłącznie z nudów. Kiedyś bowiem spędzałem kilka dni w puściutkiej Levocy i kiedy wygoniono mnie z ostatniej knajpy taksówkarz zawiózł mnie do jakiegoś nocnego klubu w Spisskiej Novej Wsi, gdzie jak można się domyśleć miło i kulturalnie spędziłem czas do rana.
W każdym razie, kiedy zajrzeliśmy do tego miejsca szybko wyrwałem się z katedry, może i ciekawej i ruszyłem za moim nosem. A tutaj szyldzik "tokajskie sudove vina". Jesteśmy w domu. Pytam panią o zeszłoroczny furmincik - jest!!, pytam o lipovinę - jest!!!, pytam o szamorodni - jest!! jest również pyszne młodziuteńkie rose, jest chyba kekfrankos (notatki!!!) - ładuję więc sześciobutelkowy kartonik i dwulitrową plastikową butlę pełną lanego z kadzi młodziutkiego furmincika. Wszystko od Ostrożevica. Kuronie (dużo ich było) patrzą na mnie i na plastikowy baniaczek z pewną rezerwą, wiosnę poczułem - myślą, odbiło mi myślą itd... ale szybko przekonują się, że te dwa litry wina za niecałe 10 złotych polskich to najlepsza inwestycja alkoholowa. Jedźcie na Słowację po młody furmincik od Ostrożevica. I róbcie notatki.
Zbigniew Kmieć - http://rapataplan.blox.pl/html