Zanim zgasły wszystkie egerskie gwiazdy, wprawiliśmy się w taki stan, że przestały nam być potrzebne zegar i kalendarz. W każdym razie był lipiec, 10 rano i trzeba było wstawać na śniadanie. Jaskinia w głębi Maklari Utca zastawiona była po królewsku. Na biesiadnych stołach leżały półmiski z serami, wędliną, cudownymi węgierskimi warzywami. Nie mogę bez wzruszenia pisać o szyneczkach z mangalicy, o słonince, o kozim serze. O cudownie ostrych zielonych papryczkach, o twarogach.
Właśnie, niektórzy nie wiedzą pewnie co to takiego mangalica. Spieszę z wyjaśnieniem, że to specyficzny, węgierski gatunek świni. Co prawda zdania ekspertów na temat urody zwierzątka są mocno podzielone, niemniej nie zdarzyło mi się do tej pory trafić na wieprzowinę lepszą niż mangalica. Gospodarz z godnością przynamniej węgierskiego wojewody ratował nasze skołatane nadmiarem win głowy kieliszkiem znakomitej palinki. Miał sporo zabawy obserwując naszą reaktywację, kiedy jednak ujrzał, że sytuacja do tego dojrzała uśmiechnął się jeszcze bardziej i powiódł nas w głąb piwnicy.
Piwnica Józefa Simona nie jest labiryntem, to prosty, szeroki na kilka metrów, długi na kilkadziesiąt korytarz wykłuty w wulkanicznych egejskich skałach. Leżą w niej setki trzystulitrowych beczek wina. Józef Simon jak przystało na winiarskiego ortodoksa z upodobaniem przetrzymuje wino w dębie, wystrzegając się modernistycznych ciągotek. Nie przesadzę ani trochę jeśli powiem, że przeciętna kropla simonowego wina spędza w beczce rok czasu dłużej niż u innych egerskich winiarzy. W końcu jesteśmy w piwnicy u szefa cechu winiarzy w Egerze. Naturalnie żadne porównania z winiarzami z Nowego Świata są pozbawione sensu. Solidny, węgierski dąb to nie żadne wióry ani listewki, a wina Simona nie śmierdzą dębowymi perfumami i nie atakują języka garbnikowym kwasem. One zyskują w nim dojrzałość i harmonię.
I prowadzi nas mistrz Józef i przedstawia.
Najpierw leaynka. Po węgiersku: dziewczyna. Wino pachnące wiosną, spokojne, choć pulsuje życiem. Sama radość. Potem arcywytrawny chardonney. On nie uwodzi egzotycznymi zapachami, to zdecydowany ostry smak, jeśli pijemy młody będziemy się czuli niczym Cola Breugnon w słoneczny, burgundzki dzień, jeśli skosztujemy kilkuletniego, medalowego poczujemy się jak Książe Esterhazy na majowym pikniku. Następne wino, to dojrzały, piwniczny, bardzo męski w smaku pinot gris. Brniemy dzielnie przez portugiesery, cabernety, pinot noiry, kekfrankosze, merloty i inne cuda Simonowej piwnicy. Zajadamy cudowną zupę z mięsnego wywaru o której mistrz Józef mawia, że trzeba wypić czarkę takiej zupy po każdym trzydziestym kieliszku wina. Biesiadę kontynuujemy w domu winiarza, słuchając bluesa i rocka Blind Faith, Cream – Józef wie, co dobre. Każde z win Józefa Simona to czysta prawda o roku, o słońcu, o pracy winiarza, o ziemi. Tutaj nasz gospodarz jest szczęściarzem, ma ziemię na Jano, na Sikhegy, w Afryce na Gonzalmos – w najlepszych miejscach w Egerze, a kto wie czy nie w Europie. O Sikhegy Simon mówi: „Mam tam dziesięć hektarów skarbu”. On wie, że prawdziwy potencjał ta ziemia pokaże za kilka, kilkanaście lat. Na zakończenie zaś opowiada:
„Mam wielu znajomych, lekarzy, adwokatów, biznesmenów, mają pieniądze, mogą wszystko, bywają w najlepszych miejscach świata. Ale ja kiedy wychodzę rano do pracy czuje zapach ziemi. Jestem szczęśliwy.”
I my jesteśmy szczęśliwi mogąc kupić te cudowne wina w Winiarni Portius www.portius.pl