Użyte w tytule zawołanie Jacka Figury, perkusisty zespołu Koala Band skutecznie zniechęcało nas do wycieczek i spacerów. Dobrze nam zawsze było w Bieszczadach, gdziekolwiek przyjechaliśmy. Czy to do gospodarstwa Stasi, czy do baru u Bolka, chatki Krakowiaka lub w najbardziej królewskie z miejsc: na tratwę Giera. Zawsze było dobrze i pięknie i smacznie, zawsze było świetnie muzycznie, bo każde urodziny Giera to zlot znakomitych śląskich bluesmanów. Jeśli był jakiś cel w zakładaniu Dżemu, to z pewnością musiały nim być bieszczadzkie urodziny dawnego perkusisty tej grupy. A że było smacznie? Gdziekolwiek nie pojawi się Adaś Ćwieląg musi być smacznie. Znam go raptem niecałe dwa lata ale za prawdziwość powyższego stwierdzenia dałbym sobie oderżnąć głowę nożykiem od korkociągu.
Pierwszy raz świadomie - bo na pewno widywaliśmy się wcześniej na koncertach, poznałem Adasia w barze u Bolka. Jadę sobie grzecznie autostopem, docieram z biciem serca - z dość daleka słychać niski głos śpiewającej Agnieszki Łapki (zobaczycie jaki talent ma ta dziewczyna - i jak wygląda), witam się ze wszystkimi i jako, że godzina nieco późna zostaję poczęstowany bigosem. Po kilku kęsach oznajmiam, że bardzo chciałbym poznać tego, kto ten bigos uczynił. Jest cudny, z wieloma rodzajami mięs, z dodatkiem śliwkowych powideł, ślicznie zagrzybiony, pachnący wszystkim i lasem i trochę spiżarnią. Przysiada się do mnie Adaś-autor i opowiada o tym jak przez dwa tygnie (upraszam o nie poprawianie - Adaś jest Ślązakiem) robili ten bigos z Leszkiem Winderem, który w tym czasie ilustruje opowieść ze sceny łojąc coś niemiłosiernie na stratocasterze (pewnie był deczko ożarty). Ta wizyta to również była pieczona baranina, oscypki od Pietrka z Koniakowa, doskonały barszcz na jagnięcych kościach, indycze, rewelacyjnie zamarynowane szaszłyczki i mój skromny akcent: krzeszowskie powidła śliwkowe i przecudnego smaku ocet balsamiczny.
Balsamico dostałem w prezencie od Andrei i Ani Parolo: wydawców polskiej wersji czasopisma La bouna cuccina italiana. Nic więc dziwnego, że na następne spotkanie z Adasiem zaprosiłem również moich polsko włoskich przyjaciół. Zima była wtedy sroga (znaczy w tych dniach. bo ogólnie łagodna była jak baranek), ja jechałem autostopem z Roztocza do Tarnowskich Gór, Ania, Andrea i siedmioletni wtedy Alexander samochodem z Łodzi. Kiedy dotarliśmy na miejsce zjedliśmy... no co może podać szanujący się Ślązak kiedy wita po raz pierwszy gości? - doskonało rolado, kluski (sine a jakże) i modro kapusto. Delikatnie posileni zabraliśmy się za robotę. Przyjechaliśmy bowiem nie tylko na odpoczynek, ale gotować na Wieczorze Trzech Kucharzy. Pomny pierwszej zasady dobrego kuchmistrza; nigdy nie zaczynaj gotowania bez otwartej butelki czegoś dobrego; poprosiłem o halbkę (1/2 litra) wódki. Pociągnąłem drobny łyczek dla odwagi - to piekielnie prestiżowa impreza - i resztę wlałem do rondelka z pokrojoną różowiutką karkówką - nich biedactwo nabierze sił. Tymczasem na (nie pamiętam dokładnie ale raczej sklarowane) masło wrzuciłem pokrojoną szarą renetę. Jabłka to królewskie, zaiste nie do zastąpienia w kuchni, chyba że ktoś jest nieprzejednanym stronnikiem antonówek. Jak jabłka się troszkę poddusiły, maznąłem je kroplą gryczanego miodu, sypnąłem odrobinę cynamonu i wrzuciłem do rondla żurawinę. Na sąsiedniej patelni rozgrzałem plasterki wędzonego, tłustego boczku i na tym obsmażyłem karkóweczkę. Jeszcze troszkę soli, mniej niż troszkę pieprzu. I karkówka ląduje w garnku wspólnie z jabłkowo-żurawinowym sosem, gdzie sobie spokojnie dochodzi na absolutnie minimalnym ogniu. Wspominałem, że dodałem bakalie?
Kiedy karkówka jest gotowa ruszamy na miejsce imprezy, do galerii Inny Śląsk w Tarnowskich Górach. Wieczór trzech Kucharzy odbywa się co roku i każdego roku kucharzy troszkę przybywa. Teraz było ośmiu. Dań było kilkanaście: wśród nich Andrea i Ania zrobili polentę z dodatkiem roztoczańskiej mąki gryczanej. A ja przy tej okazji zdałem pierwszy egzamin praktyczny z kuchni włoskiej. Zeskrobanie polenty z przypadkowo zalanego wodą żeliwnego garnka. Rano Adaś przywiózł wędliny, cudowne surowe kiełbasy, metkę, kiełbasę krakowską, szyneczki, frankfurterki, krupnioki, lewerwursty. Jeszcze tego samego dnia wieczorem, w łódzkim domu Państwa Parolo jadło się z wielką rozkoszą polentę z surową śląską.
Nie będę w tym miejscu opisywał urodzin Adasia, tudzież rodzinnych wakacyjnych zjazdów w jego cudnym domu w Istebnej, śniadania i kolacji, którą wydał na cześć Maćka Kuronia ani nawet, choć z bólem serca z tego rezygnuje, świniobicia w czeskim Bukowcu i niech mi będzie wybaczone przez wegetarian: cudownej świeżonki na (niech mi będzie wybaczone przez abstynentów) piwie Radegast. To nie temat felietonu. Tematem jest bieszczadzkie gotowanie.
Otóż szczęśliwym zarządzeniem Opatrzności Gier świętuje urodziny w środku sezonu grzybowego. Mamy zatem na koncie kilkudniową imprezę, gdzie oprócz: bigosu, wątróbek, ozorków, baraniny, szczupaków, żurku, wędlin, karkówek z opieńkami i tak dalej, główną atrakcją kulinarną były rydze i kozaki. Kozaki zrobiłem klasycznie. Podmarynowałem draństwo w wódeczce, ukraińskiej Artemizie i usmażyłem z boczkiem na masełku, z dodatkiem suszonej papryki, czosnku i miodu (mam hopla na punkcie miodu), nie przejmując się zupełnie co powiedzą o tym dietetycy i anorektycy. My zjedliśmy to pod jasnowicką metaksę (przepalany bimberek z Beskidów) i jeśli nam nawet przybyło od tego po kilka gram brzucha, mamy ten fakt w zupełnej pogardzie i nie okazujemy skruchy.
Inny popisowy numer (patrzcie jakim skromny) to były śmietanowo chrzanowe rydze z porami. Rydzów była taka obfitość, że te na blasze, czy na masełku zanudziłyby nas na śmierć. Jak je robiłem szczegółowo nie pamiętam - nie był to bowiem pierwszy dzień urodzin, ale wszystko notowała urocza Monika z Telewizji Silesia - możecie jej śmiało pytać. W każdym razie tam właśnie dostałem od Giera wielki komplement: "goral ale warzyć potrafi." Zaręczam, że to nie byle co.
Na początku maja, akurat w czasie gdy Maciek pławił się w Balatonie i moczył w Pinot Gris czy innym Olaszrieslingu, wybrałem się na Solinę do Giera, na kolejne spotkanie z Adasiem. Giera nie było, bębnił gdzieś po Polsce. Ale poradziliśmy sobie. Tutaj muszę się pochwalić, że dojechałem autostopem na tratwę w rekordowym czasie. Od momentu, kiedy zamknełem drzwi mieszkania w Biłgoraju, do momentu, kiedy przybiłem do tratwy łódką i spełniłem pierwszy toast za wzajemne zrozumienie, minęło raptem 3 i pół godziny. Adaś zrobił cudowną pomidorówkę na kaczkach, ja z tych samych kaczek zrobiłem paprykarz, Adaś upiekł jagnięcinę, ja odpowiedziałem piersią indyczą duszoną w Fernecie Stock. W końcu znudziło nam się mięso - zwłaszcza, że u komina wisiały również kilometry wędlin i zrobiliśmy placuszki. Przepis podaję bez proporcji, idzie tylko o to, by się nie rozłaziły na patelni. Gotowaną ciecierzycę utłukłem w makutrze, dodaliśmy do tego nieco świeżego czosnku, solidny kawał bundza (mieliśmy owczy ale jeszcze z domowego udoju), kilka jajek, mąki, suszonej słodkiej papryki (najlepiej z Seged), soli i nieco - bije się w piersi - pomidorowego koncentratu. Podpowiem, że ajwar świetnie go zastąpi. Były genialne. Oprócz tego, jak wiadomo przyjechaliśmy tam wędkować, piliśmy niewiele, więc i efekty wędkowania były znaczne. Jeden wymiarowy szczupak - i uklejki, okonki i kleniki. Chciałem zrobić zupę rybną alem został przegłosowany - i tak było za dużo zup, więc posmażyliśmy tą drobnicę na tłuszczu ze sklarowanego masła i gęsiego smalcu. Skąd mieliśmy gęsi smalec? - jeśli Adaś jedzie w gości to przez następny miesiąc gospodarz nie musi po nic chodzić do sklepu - Adaś wozi ze sobą WSZYSTKO. Jejku jej! jakie to było dobre. Żadnych panierek, tylko troszkę soli. Przegryzaliśmy marynowanym rydzykiem. I teraz czasem kiedy mi źle bardzo, słucham śląskiego bluesa, zamykam oczy i czuję ten smak Bieszczadów i słyszę głos Jacka: "spacer?- po co się ruszać? tam jest tak samo tylko dalej."