Kiedy wybierałam się do Nowej Zelandii spytałam znajomych którzy tam mieszkali kilka lat, co warto zjeść czy spróbować w tym kraju, odkrzyknęli jednogłośnie:
- Jak to, co? Oczywiście Pawłową!
Poczułam się dość głupio. Kojarzyłam sobie tę nazwę czy raczej nazwisko ze słynną tancerką.
- Ależ tak - odpowiedzieli - to o nią chodzi, pyszny torcik nosi jej nazwisko, bo ona właśnie podczas swoich występów na początku XX w. Nowej Zelandii nauczyła tamtejszych kucharzy jak go przyrządzać.
Bardziej naukowe źródła podają, że torcik został opracowany przez kucharza Australijczyka i on podał
go słynnej tancerce, która zachwycona smakiem poinstruowała cukiernika w Nowej Zelandii. Jak to zwykle bywa, sukces ma kilku ojców. Tak jest i w przypadku "Pawłowej".
Udało mi się dostać ten stosunkowo prosty przepis u "źródła" czyli u pewnej rodowitej Nowozelandki.
Tortownicę o średnicy 23 cm wyłożyć papierem pergaminowym, natłuścić, zewnętrzną jej stronę schłodzić pod strumieniem zimnej wody. Białka ubić na sztywna pianę i nadal ubijając połączyć z innymi składnikami przeznaczonymi na bezę, wciąż ubijać do otrzymania sztywnej kleistej masy. Masę przełożyć do przygotowanej tortownicy, wstawić do piekarnika nagrzanego do 150 stopni Celcjusza i piec w takiej temperaturze 30 min. po czym zmniejszyć temp. Do 100 stopni Celcjusza i piec jeszcze 25 min. Wyłączyć piecyk i zostawić bezę w ciepłym piekarniku jeszcze na godzinę. Ostudzoną bezę pokryć bitą śmietaną i krążkami świeżych owoców.