Logowanie

Login
Hasło

Przez kuchenne drzwi – odcinek 4 (Pożegnanie)

Autor: Barbara Kozłowska

Kochany Macieju




Pamiętam, jak pierwszy raz ustaliłyśmy z Janią, że dość już tego kreowania Ciebie na Głównego Napełniacza Naszych Kałdunów, że najwyższy czas opowiedzieć o Tobie o Twoich Najbliższych, o Twoich przeżyciach, poglądach na naszą polską rzeczywistość, o poczuciu humoru i przede wszystkim o Twoim Wielkim Sercu. Po prostu - o Tobie. Wtedy zrodził się pomysł krótkich felietonów pod wspólną nazwą „Przez kuchenne drzwi”. Pierwsze dwa odcinki napisała Jania, trzeci odcinek napisałyśmy razem. W konsekwencji miał powstać cykl pisany przez Twoich Przyjaciół. Ale jak to w życiu bywa nie było czasu, albo było go za mało… Wszyscy rozbiegaliśmy się, każdy w swoją stronę, w poszukiwaniu straconego czasu i brakujących pieniędzy … Każdy z nas odkładał swój felieton na później…
Nienawidziłeś patosu i wszelkie jego przejawy kwitowałeś krótkim i dosadnym komentarzem, ale daruj, ja nie umiem teraz napisać inaczej… Upiorna gonitwa myśli, pustka w głowie, dojmujący brak Ciebie. Jak napisać po raz pierwszy nie tyle o Tobie, co do Ciebie. Czytam nekrologi, odbieram telefony i ciągle nie mogę uwierzyć w to, że nie usłyszę Twojego chrapliwego głosu przywołującego mnie do porządku. Słyszę w słuchawce telefonu deklaracje: „Mój przyjaciel”, „Przyjaźniliśmy się od 20 lat”, „Nasza przyjaźń”… Początkowo myślałam zupełnie egoistycznie „No tak, tak, wiem, ale był moim, najlepszym przyjacielem”. Wkrótce zrozumiałam, że na tym polegał pierwszy fenomen, którego mogliśmy dzięki Tobie doświadczyć. Każdy, każdy bez wyjątku mógł w kontakcie z Tobą zaznać poczucia bliskości, bezpieczeństwa. Każdy z nas był dla Ciebie ważny. Obdarowywałeś nas swoją bezinteresowną przyjaźnią i miłością do ludzi zaszczepioną przez Gaję. Równocześnie brałeś Życie pełnymi garściami, chłonąłeś je łapczywie, często bez opamiętania - do dna… Brałeś bardzo wiele, ale, co było drugim fenomenem Macieja Kuronia - dawałeś z siebie dużo, dużo więcej niż brałeś… Jak sam mówiłeś trzeba umieć kochać miłością pierwszą i ostatnią, i tak właśnie kochałeś Życie i Ludzi.
Trzeba było Twojego odejścia, żebyśmy spotkali się wszyscy razem, Twoi przyjaciele, których kochałeś i którzy Ciebie nadal kochają. Kolejny fenomen i paradoks równocześnie. Jak wielkiej trzeba było doznać straty, żeby zrozumieć kim dla nas byłeś… Obyśmy dzięki Tobie pamiętali w trudnych chwilach, w momentach trudnych, życiowych decyzji, o tym co jest w Życiu najważniejsze, o miłości, której tyle było w Twoim, Wielkim Sercu. Widzisz, znowu ten patos, ale jak napisać, że ciężko będzie bez Ciebie żyć…



Żegnaj Przyjacielu – Baśka (Koza)




Nauka i wiara

Tomek Zatoński przywiózł mi ze wsi wędliny swojskiego wyrobu i mięso do bigosu, Janka - Balbinką przez najbliższych zwana, dopełniła moją lodówkę frykasami z najlepszego luksusowego sklepu, w którym się zaopatruje. Ona wciąż nie chce uwierzyć, że polska kuchnia osiąga coraz wyższy europejski poziom, wyższy, moim zdaniem, niż amerykański. Kilkanaście lat zarządzała kuchnią jednej ze znanych w świecie milionerskich rodzin w Nowym Jorku, z Polski wyjechała w stanie wojennym, gdy podstawowe produkty żywnościowe mieliśmy na kartki.
Książkę Macieja : „Kuchnia Polska Kuchnia Rzeczypospolitej Wielu Narodów” Balbina skrytykowała: „Co to za przepisy! posolić, popieprzyć do smaku... Dodać szczyptę... Co to jest szczypta? Amerykańskie przepisy są konkretne, podawane są dokładne miary i wagi składników. Najwymyślniejszą potrawę głupek przyrządzi..."
Teoretyczną dyskusję o wyższości kuchni amerykańskiej nad polską lub wręcz przeciwnie pozostawiłam Maciejowi, może zdarzy się, że spotkają się u mnie. Sama też mam coś na ten temat do powiedzenia. Ale dziś jest pierwszy dzień świat Bożego Narodzenia. Najuroczyściej obchodzone, najważniejsze dla mnie, najmilsze święta. Obłożona gazetami, książkami, o co przyjaciele zadbali, nie powinnam czuć się samotną opuszczoną staruszką. Spoglądam z łóżka, w którym wiek i choroby uwięziły mnie nieodwracalnie, na stół w kuchni - piękny stroik - choinkę, tace, talerzyki z owocami, słodyczami. Tylko opłatek jeszcze nietknięty. Ja to rozumiem - najbardziej deficytowym produktem XXI wieku jest czas. Tylko ja mam go pod dostatkiem. I mam te wszystkie urządzenia, których w młodości nawet sobie nie byłam w stanie wyobrazić: telefon bezprzewodowy, telewizor z pilotem, komputer - laptop.
Wczoraj, w Wigilię przed północą, zadzwonił z Londynu Dominik, syn Olgi, bratanicy. Olga mieszka na sąsiedniej ulicy, opiekuje się mną, codziennie wpada z zakupami lub tylko sprawdzić, czy cioci czegoś nie potrzeba. Ale Wigilię wypadało jej spędzić gdzieś pod Mińskiem Mazowieckim u nowej, młodej rodziny siostrzeńca....
Dominik pyta, jak się czuję i czy się nie nudzę.- Oczywiście, że nie! Czytam. Czytam: FIZYKA I WIARA W BOGA Stephena M. Barra. - to tłumaczenie z angielskiego, znajdziesz na pewno w bibliotece, przeczytaj, pogadamy w lutym, jak przyjedziesz. - Oj, ciociu - mówi Dominik - ja muszę pracować i zarabiać na dzieci, niczego, co nie wiąże się z informatyką nie czytam, ledwie na kolację wigilijną z przyjaciółmi się wyrwałem...
Ano, ano - myślę sobie - to najmłodsze współczesne pokolenie jest najwyraźniej "mądre inaczej".
Czytam. Wysilam do ostatecznych granic mój humanistyczny umysł, trudna to dla mnie lektura. Jutro, w drugi dzień Świąt złożą mi zapowiedzianą wizytę Joanna i Maciej Kuroniowie. - Czy zauważyliście - zagaję - jak nauka i wiara w Boga zbliżyły się do siebie? Wprost niesłychane, że oto znany w świecie fizyk teoretyczny udowadnia naukowo istnienie Pana Boga. Mnie, a także waszym rodzicom wbijano w głowy, że materia jest pierwotna, a Boga wymyślają sobie ludzie. Jacek, przypomnę, takie dyskusje gasił krótko: " Nie ma dowodu na istnienie Boga. Ale nie ma też dowodu, że pierwotny kreator -Bóg nie istnieje. Koniec. Kropka."
Telefon. Głos jest krzykiem i łkaniem jednocześnie. To Ewa Dobrowolska, siostra Grażyny Kuroniowej:
- Maciej nie żyje! Nie dzwoń tam! Wyłączyli telefon...- stuk odkładanej słuchawki.
Zamknęłam oczy, otworzyłam, długo bezmyślnie wpatrywałam się w czarny ekran telewizora, zanim sięgnęłam po pilota. Na białym pasku powoli przesuwały się jakieś informacje, nie przyswajałam ich treści. Czekałam, czekałam -może to nieprawda? Aż wreszcie: "Zmarł Maciej Kuroń....miał 48 lat..." Za chwilę to samo znów, i znów...
Gazety z szelestem spadały na podłogę, gdy wysupływałam się spod kołdry, żeby dojść do biurka i zajrzeć do laptopa. www.kuron.com.pl - Redakcja już zadziałała: pod starym szarym zdjęciem Macieja zamieściła informację - pierwsze wspomnienie przyjaciół współpracowników. Były już też kondolencje, wpisy czytelników. Szukałam jednego zdjęcia, znalazłam:
- roześmiany, szczęśliwy tata Jacek ponad głowę unosi synka Maciusia, złotowłosego trzylatka. Takiego po raz pierwszy zobaczyłam. -
Stały bywalec kawiarni "Czytelnika" Jacek Kuroń przyciągnął na środek zatłoczonej sali dziecko o błękitnych zdumieniem rozszerzonych oczętach i gromkim głosem obwieścił wszem i wobec - "Oto mój syn! Król Maciuś Pierwszy!"
Nic więcej na dziś. Nie żegnam Cię, Macieju. Przecież jesteś. Jesteś i będzie z nami Twój duch - niematerialna cząsteczka niebiańskiego światła.



Janina Barbara Słuszniak "Jania"



Wspomnienie …

Kiedy dawno temu Pan Maciej rozpoczynał swoją cykliczną audycję w TV z zawsze tymi samymi słowami „Proszę Pani , proszę Pana…” a potem gotował na ekranie, to oglądaliśmy każdy odcinek z żoną. I oprócz anegdot jakie się przewijały przez fachowe porady istotne było zachowanie się i poruszanie Macieja na wizji.
Trącałem wtedy żonę łokciem mówiąc : zobacz – Maciej porusza się w tej kuchni jak Książę – dystyngowanie, z uśmiechem i widać było, że z miłością do tego co robił.

Smutno i jak to mówią „czas leczy rany”. Rana po Macieju będzie się długo goić, aż wreszcie się zabliźni. Ale pamięć o nim pozostanie na zawsze.

Piotr Jezierski



Refleksja…

ŻYCIE jest kruche, życie szybko przemija, zostają wspomnienia...

Phnsmolag@aol.com



Maciej Kuroń … odszedł


… Wigilia Bożego Narodzenia 2008, u mnie na Florydzie 10 rano, w Polsce 4 po południu. Dzwonię do Maćka i Joasi z życzeniami świątecznymi. Telefon odebrała Gajka (najmłodsza latorośl Kuroniów) … “kogo dać, Tatusia czy Mamusię ?” … “obojętnie, kto jest bliżej”, … za króciutką chwilę, w słuchawce, strasznie zachrypnięty, Maciejowy głos: … “witaj Pawełku, (tak zawsze Maciek mnie nazywał - chyba z uwagi na wzrost nikczemny, przy jego słusznej posturze wyglądałem jak kurdupel) … wiesz, ledwo mówię, strasznie się zaziębiłem, chyba mnie się przyplątało jakieś zapalenie oskrzeli, … umarłem w Bieszczadach” … … “przestań pierdzielić, do sylwestra się wykurujesz, … kiedy przyjeżdżacie z Joasią ?” … … “tak jak się umawialiśmy, spróbujemy koniec Stycznia, początek Lutego” … na koniec, życzenia, wszystkiego Naj, a przede wszystkim zdrowia.
… to była moja ostatnia z Maćkiem rozmowa.
Maciej Kuroń, urodził się 8 Marca, w Dzień Kobiet, … żartowaliśmy, że Jacek sprawił Gai najlepszy prezent na to święto. W tej materii mieliśmy ze sobą trochę wspólnego, urodziłem się bowiem 15 Maja, jako prezent imieninowy dla mojej Mamusi.
Poznaliśmy się z Maćkiem podczas mojej drugiej wizyty w Polsce, kiedy to, przywiozłem dla Jego Ojca Jacka, paczkę z literaturą od znanego filozofa Andrzeja Zabłudowskiego. Zapałaliśmy natychmiast do siebie sympatią, zapewne wpływ jakiś miało na to, wzajemne ukochanie garnuszków i chochelek oraz historii kulinariów. Przegadaliśmy setki godzin, na tematy związane z kuchnią. Kiedy tylko była okazja wspólnego gotowania, stawaliśmy razem ramię w ramię.
(…)
… wspomnienia. …
Tyle mieliśmy planów dalszych i bliższych.
Na początku roku mieliśmy się spotkać u mnie, popływać łodzią u wybrzeży Atlantyku, polatać małym samolocikiem nad Florydą. Na koniec Sierpnia zaplanowałem wizytę w Polsce, … mieliśmy wspólnie pojechać na Zlot Wędzarniczej Braci, zaraz później planowaliśmy wizytę w Parparach na spotkaniu z Wielką Konfraternią Zacnego Jadła, Napitku i Rękodzieła, … zapewne zaciągnąłbym Go również, w lubuskie lasy na pierwsze przyszłoroczne grzybki i na polowanie do Słubic, gdzie spotkalibyśmy się - jak wstępnie planowaliśmy, - “w kórnickim gronie”.
Miałeś zrecenzować moją rodzącą się w bólach, pierwszą książkę, … miałeś, … mieliśmy …
Łzy same płyną po policzkach i kapią na klawiaturę. Nie wstydzę się tego.
Jak napisał ksiądz poeta Jan Twardowski “… śpieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą” … On ludzi kochał, tak go nauczyli i wychowali Rodzice.
… żegnaj Przyjacielu, … opowiadaj aniołom z dawną swadą i humorem o naszych ziemskich potrawach i mieszaj teraz w niebiańskich kociołkach, dla Jacka, Gajki, Twych ukochanych Dziadków i także dla mojej córuni, którą przecież również znałeś i lubiłeś.
… żegnaj Maćku, … do zobaczenia “po drugiej stronie”

Z wyrazami głębokiego współczucia Joasi, synom Jasiowi, Kubie, Kacprowi i córeczce Gajce
Terenia i Paweł
http://www.chefpaul.net/blog/?p=79


Komentarze do tego artykułu:
@ 2009-02-26
Ile wagi tyle serca i miłości
O wieki za wcześnie wybrałeś się na drugą stronę
Teraz zapewne gotujesz dla naszego Ojca Świętego
Dbaj o Niego jak i o Siebie samego
@ 2009-01-15
cóż więcej do tego mogę dodać czytam wspomnienia przyjaciół, znajomych i tak to rozważam że gdzieś jest taka granica ,cieniutka niteczka , która ulega przerwaniu , i wszyscy wcześniej czy pózniej musimy ją przerwać - wszyscy opuścimy to miejsce na Ziemi a pozostawiając po sobie tyle dobrego co za Zycia zrobiliśmy. A to był dobry Człowiek i wspomnienia długo będą gościły w naszych domach , często będę odwiedzał tą stronkę , będę korzystał z Jego przepisów i będę o Nim wspominał , z uszanowaniem Jan z Tarnowa
Komentarze mogą dodawać tylko zarejestrowani i zalogowani użytkownicy.
newsletter
mapa_strony
 
 
do góry
wstecz
© Copyright by Rodzina Kuroniów and EC group Sp. z o.o.

Catering Warszawa

Realizacja: ideo
Powered by: cms edito